Dzisiaj jest: 21 Październik 2017        Imieniny: Urszuli, Celiny, Hilarego
POLSKIE PAŃSTWO PODZIEMNE Z  27 WOŁYŃSKĄ DYWIZJĄ PIECHOTY  ARMII  KRAJOWEJ, FENOMEN  II WOJNY ŚWIATOWEJ.

POLSKIE PAŃSTWO PODZIEMNE Z 27 WOŁYŃSKĄ DYWIZJĄ PIECHOTY ARMII KRAJOWEJ, FENOMEN II WOJNY ŚWIATOWEJ.

II Wojna Światowa była największym konfliktem zbrojnym w historii świata, trwającym od 1 września 1939 roku, do 2 września 1945 roku, obejmująca swoim zasięgiem prawie całą Europę, wschodnią i południowo-wschodnią…

Readmore..

Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki,  arcybiskup

Waszej Ekscelencji Adolfowi Hitlerowi oddany sługa Andrzej Szeptycki, arcybiskup

/ Zdjęcie: Ci frontowi chłopcy w b. wymowny i dość specyficzny sposób dali do zrozumienia Metropolicie Szeptyckiemu, co myślą o jego prorokini i jej proroctwach. Dziś i Ty możesz coś…

Readmore..

Kim byli nasi przodkowie -obywatele Wielkiego  Księstwa Litewskiego

Kim byli nasi przodkowie -obywatele Wielkiego Księstwa Litewskiego

Coraz więcej ciekawskich kieruje się do archiwum, by dociec, kim jesteśmy, dowiedzieć się swego pochodzenia, kim byli nasi przodkowie. Tym bardziej, że zwątpienie zaczyna ogarniać tego, kto bezkrytycznie przysłuchuje się…

Readmore..

NA TROPIE SKARBÓW UPA

NA TROPIE SKARBÓW UPA

/ Adama Podhajecki, Złoto UPA, Rytm, Warszawa 2017, s. 367. Pierwsze co przyszło mi na myśl, czytając tytuł, to pytanie skąd UPA miała skarby?Ktokolwiek słyszał, czy czytał o zbrodniach UPA…

Readmore..

”WIEK NA ZAWIETRZNEJ”

”WIEK NA ZAWIETRZNEJ”

Kilka dni temu obejrzałem i wysłuchałem rozmowy z dr Ewą Kurek (http://wprawo.pl/2017/09/24/wstrzasajaca-opowiesc-dr-ewy-kurek-o-rzezi-polakow-w-lucku-ukraincy-mordowali-ich-przy-wigilijnych-stolach/?utm_source=dlvr.it&utm_medium=twitter), która opowiadała o swojej ostatniej książce zatytułowanej „Wiek Na Zawietrznej”. Stwierdziła, że tym razem jest to powieść, ale…

Readmore..

25 lat Polskiego Radia Lwów

25 lat Polskiego Radia Lwów

W październiku minie 25 lat od momentu jak zaczęło funkcjonować „Polskie Radio Lwów”. Warto przypomnieć, że Polskie Radio Lwów w eterze to kontynuacja przedwojennych tradycji radiofonii lwowskiej. To pierwsze audycje…

Readmore..

Znicz na Cmentarz Obrońców Lwowa i Kresy

Znicz na Cmentarz Obrońców Lwowa i Kresy

Szanowni Kresowianie,Stowarzyszenie Pamięci Polskich Termopil i Kresów w Przemyślu i Klub Inteligencji Katolickiej w Przemyślu zapraszają do udziału w zbiórce zniczy na Cmentarz Obrońców Lwowa i groby na Kresach. (Trzcieniec,…

Readmore..

ZAPROSZENIE DO LUBLINA

ZAPROSZENIE DO LUBLINA

ZAPROSZENIE DO LUBLINA w dniu 14 października na godzinę 12.00 do Kościoła Garnizonowego NMP ul. Aleje Racławickie 20 na uroczystą Mszę Świętą która poprzedzi uroczystości wmurowania AKTU EREKCYJNEGO pod pomnik…

Readmore..

16 Dolnośląskie Dni Kultury Kresowej

16 Dolnośląskie Dni Kultury Kresowej

6 – 15 października, Dolny Śląsk 16 Dolnośląskie Dni Kultury Kresowej 6 października koncert kresowy w Chojnowie zainauguruje 16 Dolnośląskie Dni Kultury Kresowej im. Zygmunta Jana Rumla. Przez 10 dni…

Readmore..

VII Międzynarodowe Spotkanie Miłośników Ziemi Wołyńskiej  i Kresów Wschodnich

VII Międzynarodowe Spotkanie Miłośników Ziemi Wołyńskiej i Kresów Wschodnich

/ Delegacja Czeskich Wołynian składa wieniec pod pamiątkową tablicą Sobota i niedziela 16-17 września br. były kolejnymi dniami, kiedy po raz kolejny spotkali się na dolnośląskiej ziemi rozrzuceni po całej…

Readmore..

Październikowy numer KSI wydany

Październikowy numer KSI wydany

W październikowym wydaniu gazety m.in: VII Międzynarodowe Spotkanie Miłośników Ziemi Wołyńskiej i Kresów WschodnichSobota i niedziela 16-17 września br. były kolejnymi dniami, kiedy po raz kolejny spotkali się na dolnośląskiej…

Readmore..

LEOPOLIS SEMPER FIDELIS

LEOPOLIS SEMPER FIDELIS

/ Pierwszą stałą, cotygodniową, półgodzinną audycję rozrywkową, Lwowska Rozgłośnia Polskiego Radia nadała w dniu 16 lipca 1933 roku. Szanowni Państwo, serdecznie witamy na rozpoczynającym się dzisiaj III Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki…

Readmore..

P o l e s i e

/ Polesia czar. -n źródło kresy24.pl

Polesie jest krainą, gdzie żyli mój dziadek i babcia, tam urodzili się moi trzej stryjowie a także moi ojciec i matka. Ja również tam się urodziłem i przeżyłem swoje młodzieńcze lata. Kiedy opuszczałem ten kraj, miałem niespełna dwadzieścia lat.
Polesie pod względem terytorialnym, jako region, jest rozległą równiną w Europie wschodniej, położony między Płytą Czarnomorską na południu a Wysoczyznami Białoruskimi na północy, zaś w kierunku północno – wschodnim sięga poza dolinę rzeki Dniepr, a w kierunku zachodnim przekracza rzekę Bug. Prawie całe terytorium Polesia leży w granicach Białoruskiej i Ukraińskiej Republiki. Natomiast skrawek terenu Polesia przekraczający na zachodzie rzekę Bug, należy do Polski i znajduje się na północno – wschodnich rubieżach województwa lubelskiego.

Tak więc Polesie Lubelskie jest także swoistym w granicach Polski regionem. Dużą jego powierzchnię zajmują torfowiska, największe z nich to tak zwane Krowie Bagna i Bagno Bieleckie. Do głównych rzek Polesia Lubelskiego należą: Włodawka, Uherka, Tyśmienica i Świnka. Większymi zaś miastami w tym regionie są: Lubartów, Parczew, Radzyń Podlaski i Włodawa.
Inaczej przedstawiał się podział regionu poleskiego w okresie międzywojennym (1920 – 1939), wtedy około jednej trzeciej jego terenów należało do Drugiej Rzeczpospolitej. W podziale administracyjnym Kresów Wschodnich Polski międzywojennej terytorium tego regionu występowało pod nazwą Województwo Poleskie z jego miastem ,,stołecznym” Brześć/nad Bugiem.
Województwo poleskie graniczyło z trzema województwami: od północy – podlaskim, od południa – wołyńskim, od zachodu – lubelskim, a od wschodu z granicą państwową ze Związkiem Radzieckim. Powierzchnia terenu województwa, z tolerancyjnym przybliżeniem, wynosiła 38 000 km kwadratowych. W podziale administracyjnym niższego szczebla posiadało ono 9 powiatów ze swoimi miastami powiatowymi. Do miast tych należały: Brześć/ Bugiem, Prużany, Kosów Poleski, Łuniniec, Pińsk, Stolin, Drohiczyn Poleski, Kobryń i Kamień Koszyrski, który był kolebką dla naszego odgałęzienia rodowego, poczynając bezpośrednio od poprzedzającego mnie pokolenia Kozakiewiczów.
Cechą charakterystyczną Polesia jest małe nachylenie terenu i związany z tym utrudniony odpływ wód powierzchniowych, które tworzą liczne bagna i mokradła. Z tego względu wody gruntowe zalegają tuż pod powierzchnią ziemi, tworząc miejscami płytkie rozlewiska w rodzaju ,,glinianek” - mniej więcej o hektarowej powierzchni – była taka w pobliżu mojego miejsca zamieszkania, zwana z ukraińska Czystą Łużą, gdzie od biedy można było zażywać kąpieli i płytkich jezior, na przykład: Jezioro Kniaź o powierzchni 38,5 km kwadratowych, Jezioro Wyganowskie o powierzchni 26, 5 km kwadratowych, jezioro zwane Jeziorkiem. Środkiem dawnego województwa poleskiego płynie rzeka Prypeć ( dopływ Dniepru), która zbiera wody z dopływów rzek Jesiołdy i Uborei. Zachodnia część Polesia, poprzez rzekę Bug i jego dopływ Ninchawa, odwadniana jest do Wisły, a północna jej część przez rzekę Szczarę do Niemna.
Działy wodne między rzekami są zbyt niskie i przebiegają w związku z tym przez bagna a gdzieniegdzie również pomiędzy wałami w postaci wydm tudzież wzniesień w kształcie spłaszczonego stożka pokrytego lasem sosnowym. Takimi kopcami w powiecie Kamień Korzyrski były: Wilcza Góra koło byłego Majdanu i stożkowate wzniesienie Krasny Bór. Są to oczywiście pomniki epoki lodowcowej, miała ona chyba również wpływ na ukształtowanie terenu, ponieważ rozległe bagna i moczary zajmowały połowę powierzchni Polesia. Oprócz bagien i torfowisk, charakterystycznym składnikiem krajobrazu Polesia, były lasy w postaci borów sosnowych rosnące na terenach piaszczystych. Na terenach podmokłych, głównie bagiennych, występowały drzewa liściaste jak olszyna typowa, często z domieszką brzozy omszonej. Drzewa te rosły zwykle na wzniesieniach, pomiędzy którymi teren zalany był wodą. Były tam też skupiska lasów jesionowych i świerkowych, lecz zajmowały one zwykle tereny mniej zabagnione i rosły na żyźniejszych glebach niż poprzednie. Poza tym występowały tam jesion wyniosły, dąb, grab, które stanowiły kompozycję lasów mieszanych. Podszyt leśny stanowiły wierzba szara i uszata, zwłaszcza wierzba szara występowała na zalewiskach torfowych niskich, także czeremcha, leszczyna, kruszyna, wiąz, kalina, chmiel, łoza w swoich obszernych zaroślach łozowych i wiele innych. Wśród roślinności bagiennej występowała jeszcze wierzba i brzoza karłowata, takie, jakie rosną w podbiegunowej tundrze. W południowej części Polesia spotykało się dość dużo krzewów różanecznika żółtego, który niegdyś należał do roślinności Błot Pontyjskich w środkowej części Włoch, na wybrzeżu Morza Tyrreńskiego. Jagody z różanecznika żółtego podobne są do jagody czarnej (czernica), lecz rosną na wyższym krzewie. Owoc ten jest dość smaczny, nazywany był włochaczem, a nazwa ta kojarzy się z Włochami. Jagód tych na terenie Polski nigdzie się nie spotyka. Na terenach podwyższonych, międzybagiennych i łąkowych, pokaźne zagęszczenia lasów mieszanych dawały dość wysokopienne krzewy leszczyny. Sprzyjający klimat i warunki naturalne były powodem, że rodziły one mnóstwo orzechów. Na leszczynach była masa owoców występujących w postaci zwartych jakby szyszek (szyszaki) od dwóch do sześciu orzechów, razem połączonych kielichami zielonych łupin, które wyrastały z jednego pędu na gałęzi. Kto miał czas i chęci do zabawienia się w wiewiórkę, mógł nazbierać w ciągu jednego sezonu i nagromadzić na zapas ponad sto kilogramów orzechów laskowych.
Ponadto w lasach było dużo różnego rodzaju jagód, takich jak: poziomki, maliny, jeżyny, porzeczki czerwone i czarne (smorodina), borówki i rzadko spotykane na terenach Polski bagienne żurawiny, z których na Polesiu sporządzało się tak zwany kisiel (galaretka owocowa). Tak samo obficie rosły tam grzyby. Ze względu jednak na ich obfitość, popyt u zbieraczy ograniczał się tylko do rodzajów szlachetniejszych, reszta uważana była tradycyjnie za grzyby niejadalne. Grzybami powszechnie uznawanymi tam za jadalne były: borowik szlachetny, kurka, sarniak, maślak zwyczajny, koźlarz babka, koźlarz czerwony, rydz, serowiatka, smardz zwyczajny i stożkowaty. Natomiast w czasie kiedy występował „wysyp” borowika szlachetnego (wrzesień), wtedy wszyscy zbierali tylko te grzyby, do bieżącego spożywania i suszenia na sezon zimowy dla siebie, a częściowo na sprzedaż.
Panujące na Polesiu aura i flora była rajem dla ptactwa. Żyły tam: żurawie, gęsi, kaczki, cietrzewie, bociany, sowy, sójki, derkacze, bekasy, dzięcioły, turkawki, gołębie i mnóstwo innych drobnych ptaków. Szczególnie w pierwszej połowie wiosny, z rana i pod wieczór, dawały one o sobie znać melodyjnym i masowanym śpiewem. Ten śpiew to istny huragan różnorodnych melodii, które przeplatały się z terkotem derkacza i turkawki oraz dzięcioła bijącego z furiatyczną częstotliwością dziobem o suchą gałąź, co dawało odgłos werbla lub serii palby ze szmajsera. Uważam, iż była to naturalna, samotna, zawiła i znakomicie skomponowana symfonia lasów poleskich. Kiedy się wsłuchało w ten gwar skrzydlatych zwierząt, odnosiło się wrażenie, że las drży i pływa w melodiach ptasiego śpiewu, co mimo woli wprowadzało słuchacza w romantyczno – melancholijny nastrój.
Jednak na dłuższe beztroskie rozkoszowanie i wsłuchiwanie się w tę symfonię nie pozwalały tam inne skrzydlate zwierzątka. Były to bardzo natrętne i zjadliwe: meszki, komary, bąki i muchy. Ta plaga nie dawała spokoju, dręczyła i denerwowała człowieka, a nawet zwierzęta leśne i domowe, wyprowadzała z równowagi nawet najtęższego romantyka, który by chciał spokojnie posłuchać leśnego tchnienia i ptasiego rozgwaru. Nic w tym dziwnego, ponieważ wilgoć panująca na terenach Polesia tworzyła wyśmienite warunki rozwoju i bytowania dla tej „szarańczy”. Za moich czasów krążyły na Polesiu wieści, iż niegdyś bywały wypadki mszczenia się na gajowych w ten sposób, że łapano go w lesie, rozbierano do naga i przywiązywano do drzewa, toteż taki nieborak w ciągu jednej doby tracił życie z powodu ubytku krwi, którą wyssały komary.
Zwierzostan w lasach poleskich ulegał wahaniom w różnych okresach czasu. Przed pierwszą wojną światową był on podobno dość wysoki. Pamiętam z opowiadania mojej mamy, że było tam bardzo dużo wilków, atakowały one szczególnie owce i krowy a czasami konie i niekiedy rzucały się również na ludzi. Mama przytaczała przykład, że jej ojciec był atakowany przez wilki na leśnej drodze w porze nocnej, kiedy jechał furmanką konną. Podobno konie w uprzęży stawały dęba na widok wilków, kiedy te zachodziły im drogę, kłacząc zębami. Na szczęście dziadek miał na wozie pokaźnych rozmiarów drąg, którym obronił przed wilkami konie i siebie.
W pierwszym dziesięcioleciu po pierwszej wojnie światowej zwierzostan był jeszcze dość wysoki. Z grubej zwierzyny łownej występował: łoś, dzik, sarna i wilk, a z drobnej: lis, zając, borsuk, kuna, tchórz, wydra i wiewiórka. Jednakże w dziesięcioleciu tym bardzo rozwinęło się kłusownictwo. Niszczono zwierzynę nie tylko z broni palnej, ale i przy pomocy wnyków, żelazo – sprężynowych pułapek, jak również kopanych głębokich dołów, chytrze maskowanych chrustem z wykładziną przynęty, do których wpadały przede wszystkim dziki. Pogoń za zwierzyną była podyktowana nie tylko chęcią pozyskania mięsa, ale również dlatego, że wyrządzała ona szkodę na uprawach płodów rolnych. Tak więc mniej więcej od początku lat trzydziestych aż do końca tej dekady, zwierzyna była już zdziesiątkowana i przerzedzona, a łoś był bardzo rzadko spotykanym zwierzęciem. W tym czasie nawet mój ojciec jako gajowy nie posiadał broni myśliwskiej. Mimo wszystko zwierzyny tej trochę było w lasach i zaroślach bagiennych. Były też i wilki, z którymi miał nieprzyjemne spotkanie mój brat Janek. W biały dzień, pasąc stado owiec w lesie, nieopodal naszej gajówki, zauważył on atakującego owcę wilka. Był na tyle odważny, że przy pomocy gałęzi odpędził go i uratował owcę. Były też bardziej przykre zdarzenia, kiedy wilki porozrywały na kawałki świnię, która wyszła z chlewni do pobliskiego lasu pod dęby na żołędzie. Tak samo zrobiły wilki z cielakiem, który ze swą matką oddalił się od stada krów i pozostał na całą noc w lesie. O zasobności lasów na omawianym terenie w dziką czworonożną zwierzynę świadczy dobrze zapamiętany przeze mnie oto taki fakt. Nadleśniczy zaprosił w 1932 roku jakichś swoich znajomków na polowanie w lasach przez niego nadzorowanych. Kiedy mój ojciec dowiedział się o mającym się odbyć polowaniu, a znając swój obwód, wiedział, że nie ma w nim dzików, od razu poszedł na ich poszukiwania. Wytropił stado liczące kilka dzików, ale w obwodzie należącym do innego gajowego. Ugotował więc sporą ilość ziemniaków i w nocy, poczynając od rejonu gdzie znajdowały się dziki, układał je co kilka kroków na ziemi, robiąc tym sposobem niby ścieżkę w stronę swego obwodu i do jego środka. Eksperyment ten był udany, ponieważ dziki natrafiły węchem na ścieżkę z ułożonych kartofli. Zjadając je kolejno, przeszły do lasu stanowiącego obwód ojca i z nastaniem dnia zaległy tam na dzienną drzemkę. W dniu tym odbyło się polowanie, ustrzelano dwa dziki, a uszczęśliwieni dwaj myśliwi z powodu zdobycia trofeum, nagrodzili ojca w formie pieniężnej. Przytoczony przykład świadczy o tym, że w ostatniej dekadzie czasów polskich na Polesiu zwierzyna była raczej poszukiwana i rzadziej w większej liczbie spotykana. Wracając do zabiegów ojca w pozyskiwaniu dzików do swojego obwodu, jestem przeświadczony, że nie chodziło mu tyle o nagrodę pieniężną, ile na zdobycie dobrego zdania o sobie ze strony nadleśniczego.
Wspaniałe natomiast warunki rozwoju i bytowania pod każdym względem miały na Polesiu gady: żaby, ropuchy, węże zaskrońce, żmije jadowite, padalce i inne. Już Adam Mickiewicz kiedyś to zauważył, bo w swoim poemacie pod tytułem Pan Tadeusz napisał: …”żaby polskie najlepiej grają”… I to jest prawda, ale teraz należałoby zmienić jedno słowo w tym zdaniu, wtedy miałoby ono na współczesne nam czasy, prawidłowe brzmienie, a mianowicie, że żaby poleskie najlepiej grają. Istotnie, żaby na Polesiu swoim rechotem i kumkaniem, szczególnie wieczorem i rankiem, wydawały tak potężne i rozległe dudnienie, iż miało się wrażenie, że moczary, bagna oraz łąki kołyszą się i kipią jak wulkaniczna lawa. Była ich tam tak niezliczona ilość, nic i nikt im nie zagrażał, prócz bociana i węża zaskrońca, który choć w żółwim tempie, ale potrafił połknąć żabę. Węży zaskrońców było też dość dużo. Miejscem ich rozmnażania się i bytowania, tak samo jak innych płazów, była ściółka leśna. Największą liczbę zaskrońców spotykało się w czerwcu, kiedy wypełzały one z lasu do znajdujących się pobliżu zabudowań gospodarskich, by złożyć swe jaja w ciepłym oborniku powstającym ze ściółki dla bydła. W tym czasie plątały się pod nogami przechodnia oporządzającego swoje gospodarstwo. Zaskroniec nie jest wężem jadowitym i nie wiem dlaczego brzydziłem się ich, często zabijałem je nie tylko ja, ale i inne osoby z mojego rodzeństwa. Lecz co mieliśmy robić, kiedy wpełzały one nawet do mieszkania naszej gajówki, a czasem chowały się we wnęce pod piecem chlebowym w kuchni. Wąż ten jest płochliwy, ucieka zwinnie przed człowiekiem i dlatego łatwo go zauważyć. Gorzej było ze żmijami jadowitymi. Te, choć nie zbliżały się do zabudowań, to jednak nie uciekały. W lesie przed przechodniem leżały nieruchomo na ściółce leśnej, zwinięte na kształt krążka, stąd trudno je było zauważyć. Takie zachowywanie się żmii jest bardzo niebezpieczne, ponieważ przechodzień nie widząc jej, nadepnie na nią lub jego bosa stopa znajdzie się w jej pobliżu, wtedy dziobie swoim zębem, przebijając skórę do krwi i wstrzykuje jad. Dopiero po ugryzieniu zwinnie ucieka. W taki sposób żmije ugryzły moich dwóch braci i siostrę, kiedy w młodocianym wieku od czasu do czasu hasali dla zabawy na bosaka po krzakach w pobliżu gajówki. Tę niebezpieczną chorobę zakażoną jadem żmii ojciec sobie tylko znanym sposobem leczył, bez uciekania się do pomocy lekarskiej czy szpitalnej i to z dobrymi wynikami w każdym z trzech przypadków.
Z tego co już napisałem o warunkach naturalnych panujących na Polesiu, może się wydawać, że skoro jest tam tak dużo jezior, rzek i innych koryt wodnych, to kraina ta opływała obfitością ryb na swoich akwenach. W rzeczywistości jednak tak nie było i chyba nie jest obecnie. Co prawda mieszkałem na Polesiu, lecz z dala od jezior i większych rzek, i nie mam dokładniejszego rozeznania, ale gdyby tam kwitło rybołówstwo, to o tym byłoby powszechnie wiadomo. Wędkarstwo nie było rozpowszechnione, prawie nieznane, nie było żadnych zrzeszeń wędkarskich ani propagandy w tym kierunku. W związku z tym gospodarka rybacka w ogóle nie istniała, gdyż nigdzie nie spotkałem jakiegokolwiek gospodarstwa rybackiego. Sposób, w jaki odławiano ryby w województwie poleskim, byłby poczytany u nas w Polsce jak kłusownictwo i podlegałby karom. Rybołówstwo sprowadzało się do indywidualnych i sporadycznych przypadków. Krążyły nawet humorystyczne powiedzonka na ten temat. Jednak Ukraińcy mawiali: „ja rybki nichoczu to i żopki nimoczu”, drudzy zaś: „ja żobku umoczu bo rybki choczu”. Łowiono sposobem tradycyjnym jak niegdyś w zamierzchłej przeszłości. Wyglądało to tak, że rybak w płytszych miejscach rzeczki brodził w wodzie, zanurzony nawet pod ramiona, z koszem stożkowatym z wikliny lub niewielką siatką naciągniętą na ożebrowaną konstrukcję z patyków zwaną kłomlą i zanurzał taki sprzęt połowu do wody w pobliżu brzegu rzeki, a następnie bełtał tyczką wodę, napędzając ryby w to swoje narzędzie połowu. Kto miał łódkę, robił tak samo, czasem dwuosobowo, ale stojąc na łódce, a nie w wodzie. Efekty takiego połowu były oczywiście bardzo mizerne, ale po dłuższym czasie takiego brodzenia i bełtania, mógł rybak parę szczupaków złowić.
W małych rzeczkach, strumykach czy kanałach królowały szczupaki. Te drapieżniki żarłoczne wyżerały wszystkie ryby do tego stopnia, że trudno było spotkać na tych akwenach lina, leszcza, płotkę czy inne. Kiedy czasami udawało mi się złowić w pobliskiej rzece zwanej Korostenką, oddalonej około 250 metrów od gajówki i w niedużym kanale oddalonym około 500 metrów kilka szczupaków, to prawie każdy z nich miał w przewodzie pokarmowym drugiego już trawionego szczupaka. Był to wiadomy znak, że innych ryb a nawet żab, ptaków wodnych, płazów i drobnych ssaków już tam nie było, dlatego pożerały się one wzajemnie. Jak z tego wynika, wielość ryb w byłym województwie poleskim nie szła w parze z mnogością istniejących tam akwenów. Gdyby było tam rozwinięte wędkarstwo, to agresywne i żarłoczne szczupaki byłyby wyłowione na błystki.
Warunki naturalne panujące na Polesiu, w zamian za mizerny stan powszechnie znanych ryb słodkowodnych, obdarowały niektóre akweny mnóstwem piskorzy, z którymi nawet szczupak nie mógłby sobie poradzić, ponieważ żerują one tylko w nocy a na porę dzienną kryją się w torfiastym mule. Ryby te nazywane są piskorzami dlatego, że złowione w większej masie i złożone do jakiegoś dużego naczynia, wijąc się energicznie, wydają nikłe, trochę chrapliwe piski podobne do piskląt, które dopiero co wyłuskują się ze skorupy jaja. Natomiast dlatego, że wiją się, nazywano je na Polesiu wiunami. Piskorz należy do ryb rzędu karpiowatych, jego ciało dochodzi do 30 cm długości, wydłużone i podobne do węgorza, różni się jednak żółtobrązowym kolorem, ma dziesięć wąsików na szczękach, jest bardzo śliski. Pospolicie występuje on w rzeczkach, strumieniach i strumykach, kanałach i kanalikach przepływających przez bagna i łąki o podłożu torfiastym. W latach 1954-1987, uprawiając sport wędkarski, nigdzie na terenie Polski tego rodzaju ryb nie spotykałem, nawet nie ma ich w akwenie międzyodrzańskim w województwie szczecińskim, w którego kanałach jest bardzo dużo różnego rodzaju ryb. Połów piskorzy może odbywać się raczej tylko w zimie, kiedy wszystkie wody są skute lodem. Wtedy piskorze, nie mając w wodzie dostatecznej ilości tlenu, gromadzą się wokół każdej wyrąbanej przerębli w lodzie, ponieważ potrafią one wchłaniać tlen bezpośrednio z powietrza atmosferycznego. I właśnie ten fakt wykorzystywany był przez amatorów łowienia piskorzy na Polesiu. Do łowienia ich stosowano zwykle zbite gwoździami kwadratowe skrzynki z cienkich drewnianych deseczek o wymiarach około 50x50 cm i wysokość około 30 cm. Dno skrzynki wykonywano z płótna przybitego gwoździkami do krawędzi skrzynki. W środku tego dna wycinano otwór o średnicy 6 cm następnie. Do tego otworu wszywano od strony wewnętrznej skrzynki: kołnierz, również płócienny w postaci jakby rurki o średnicy odpowiadającej otworowi w dnie i wysokości około 15 cm. Amator na piskorza im więcej miał tak skonstruowanych skrzynek, tym więcej tych ryb mógł pozyskać. Ten sprzęt podwożono furmanką na miejsce połowu. Przed jego użyciem wycinano w lodzie tyle otworów, ile było skrzynek służących do połowu. Odległość między przeręblami wzdłuż rzeczki, w zależności od koryta, wynosiła 10-30 m. Po wykonaniu tych czynności wkładało się skrzynki do wyciętych w lodzie otworów, zanurzając je w wodzie. Przed całkowitym zatonięciem skrzynki zabezpieczała przybita do górnych jej krawędzi listewka o dłuższych wymiarach niż średnia przerębli.
Kiedy już wszystkie skrzynki były zanurzone w przerębli, przykrywano je kilkoma gałązkami chrustu, a na to układano kopczyk z nieużytecznego siana i tak grubą warstwę, aby woda pod nim nie zamarzła wraz ze skrzynką. Tak nastawione i zabezpieczone skrzynki na piskorze pozostawiano w spokoju nawet do dziesięciu dni. Ponieważ powietrze łatwo przenika przez nałożoną warstwę siana do lustra wody pod kopczykiem, piskorze łaknące powietrza wślizgiwały się przez otwór w dnie skrzynki do jej wnętrza. Ze skrzynki wydostać się one nie mogły, bo utrudniał to im płócienny kołnierz prowadzący do otworu w dnie skrzynki. Toteż każdy piskorz, który znalazł się w środku, pozostawał w tej prostej, ale chytrze urządzonej pułapce. Te pułapki nazywam skrzynkami z racji sposobu ich budowy, ale na Polesiu z czegokolwiek by one były zbudowane to i tak nazywano je koszami. A to dlatego, że kiedyś były one wykonywane z wikliny i nie w kształcie figury kwadratowej, lecz plecione od dna do zakończenia jego górnych krawędzi ścianek, o figurze wydrążonego walca, z otworem w środku dna jakby lejkiem od dna skierowanym ku wnętrzu kosza. Chłopi ukraińscy sam moment wybierania piskorzy ze skrzynek nazywali „trząść kosze” (trasti koszi). Przy takim wytrząsaniu piskorzy z tych „koszów”, które już kilka dni spoczywały w omówionych przeręblach, byłem obecny jako czternastoletni chłopiec wraz z ojcem. Ojciec był zainteresowany pozyskaniem części z wyłowionej masy piskorzy, ponieważ kanał, w którym nastawiono „kosze”, przebiegał przez nadzorowany przed niego obwód lasów, bagien i łąk. Tylko jeden raz widziałem czynności i efekty połowu piskorzy, które przedstawiały się następująco. Po usunięciu kopki siana znad przerębli wydobywano„kosze”. W każdym z nich było od trzech do pięciu kilogramów piskorzy. Widziałem w jednym koszu sporadycznego mintura, a w innym jednego węgorza o długości około 30 cm. Żadnej innej ryby, prócz piskorzy, nie było. Nie pamiętam ile tych koszy było nastawionych, ale przypuśćmy że było ich dziesięć. To łatwo wyliczyć i wyobrazić sobie, jaką masą piskorzy odłowiono. Ryby te były wrzucane bezpośrednio z „koszów” na drabiniasty wóz poleski, o drewnianych kołach z metalową obręczą. Wóz ten był wypełniony piskorzami do jednej trzeciej jego ładowności. Ten gatunek ryb nie należał do smakołyków, ale jak przysłowie mówi: „na bezrybiu to i rak ryba”. Nadaje się jednak do jedzenia w każdej przyrządzonej postaci, tylko nie na surowo. Piskorze przeważnie suszono w piecach chlebowych i dodawano do różnych zup, a szczególnie do kapuśniaku – bigosu. Suszony nadaje się również do bezpośredniego spożywania.
Jak już poprzednio zaznaczyłem, terytorium dawnego polskiego województwa poleskiego wynosiło 38 000km kwadratowych, z czego połowa to moczary, bagna, jeziora i rzeki, a więc 19 000 km kwadratowych pozostałego obszaru stanowiły lasy pola i łąki. Dużego błędu nie popełnimy, jeżeli przyjmiemy, że z tego połowę terenów, czyli 8 500 km kwadratowych, zajmowały lasy, a drugą połowę 8 500 km kwadratowych pola i łąki. Jak z tego wynika, tereny zalesione z jednej, a pola i łąki z drugie strony, posiadały tylko po jednej czwartej części całego terytorium omawianego województwa.
Gleby na Polesiu były przeważnie bagienno – torfowe albo piaszczyste o małej przydatności do uprawy bardziej wymagających roślin uprawnych, jak: pszenica, jęczmień, buraki cukrowe, rzepak, lucerna i koniczyna czerwona. W związku z tym występował tam duży udział w nasadzaniu i zasiewach tylko takich ziemiopłodów, jak: ziemniaki, żyto, gryka i proso, gdyż na lekkich glebach rośliny te najmniej były zawodne w ich uprawie. Gdzieniegdzie trafiały się enklawy pól o lepszych glebach, na których z konieczności, dla celów konsumpcyjnych w rodzinie i gospodarstwie, uprawiano również jęczmień, owies, koniczynę, ale zbiory tych płodów były albo mierne, albo bardzo słabe. Tamtejsza gleba wymagała intensywnego nawożenia i stosowania odpowiedniego płodozmianu. Wydajność gleby, w zależności od stopnia jej żyzności i nawożenia (obornik), wahała się od 12 do 20 kwintali żyta z jednego hektara. Glebę pod uprawę prosa przygotowano nawet w taki sposób, że wczesną wiosną przed orką stosowano wypalanie suchej trawy i chwastów na polu, gdzie miało ono być zasiane.
Łąki poleskie występowały wyłącznie w dolinach rzek (łęgi), na pobrzeżach dolin i w zaklęśnieciach wód i lasów oraz na obszarach pobagiennych. W zależności od siedliska łąk rozpiętość w zbiorze ilości siana była bardzo duża, od 6 do 150 kwintali z jednego hektara. Dość charakterystycznie wyglądały łąki pod względem budowy ich części naziemnej, na obszarach pobagiennych czyli łęgach, bowiem trawa rośnie na kępkach nawet do 6 cm wysokości. Kępki te w kształcie odwróconego stożka mają podstawę o przekroju około15 cm. Korpus kępki stopniowo rozszerzających się ku górze, kończył się okrągłą płaszczyzną o średnicy około 30 cm, na której rosła dość bujna trawa. Kosząc taką łąkę, kosiarz miał utrudnione zadanie, ponieważ postępując do przodu po podłożu łąki, musiał przyciskać nogi pomiędzy kępkami, które rosły dość zwarcie, ale za to nie musiał się pochylać nad kosą, gdyż kosił w pozycji wyprostowanej. Skoszona trawa na takich kępkach – łące – bardzo dobrze i szybko wysychała na siano. Wysuszone i zgrabione siano nie mogło być w okresie lata zabrane i zwiezione do gospodarstwa, ponieważ o tej porze roku nie dało się wjechać na taką łąkę żadnym transportem. Dlatego też siano po zgrabieniu układało się na miejscu w duże stogi, które zabierano i zwożono na saniach dopiero w zimie, kiedy łąki były zamarznięte i pokryte śniegiem.
Klimat i warunki atmosferyczne na Polesiu niewiele różnią się od klimatu panującego w pasie wielkich dolin, który przebiega przez całą środkową Polskę ze wschodu na zachód. Polesie jest początkiem tego pasa nizinnego, ponieważ jego wschodnie rubieże stykają się z Wyżyną Środkoworosyjską. Poleski mezoklimat i aura wzajemnie się przeplatają, wspierają i uzupełniają. Z uwagi na to, że ten nizinny region jest najdalej wysunięty na wschód Europy środkowo-wschodniej, zimy tam rozpoczynają się wcześniej (o około dwa tygodnie), a lato następuje o około dwa tygodnie później. Oczywiście dla uogólnienia sprawy, nie wspominam o wcześniejszych porach roku jak jesień i wiosna, ponieważ są one zależne od wiatrów kontynentalnych wiejących od wschodu, które częściej sięgają Polesie niż na przykład naszego Mazowsza.
W okresie zimy, a szczególnie w lutym, występuje spadek temperatury do ponad minus trzydziestu stopni. Powtarza się to prawie w każdym roku przy obfitych opadach śniegu. Na przykład pamiętam, że 10 lutego 1940 roku obniżenie temperatury wynosiło minus trzydzieści siedem stopni. Występują często, również „zwariowane” zawieje śnieżne, wtedy wiejskie chaty prawie całkowicie pogrążone są w grubej warstwie śniegu do tego stopnia, że widzi się tylko wierzchołki ich połowy dachów.
W okresie letnim moczary, bagna, rzeki i jeziora odparowują wielkie masy wody do atmosfery, stąd powietrze jest bardzo przesycone wilgocią, co obniża temperaturę szczególnie w dni pochmurne. W dniach słonecznych i upalnych jest bardzo duszno z powodu dużej zawartości pary wodnej w powietrzu. Stosunkowo dużo było tam w ciągu lata dni pochmurnych i burzowych, którym towarzyszyły potężne i długotrwałe wyładowania atmosferyczne, ponieważ chmury burzowe długo utrzymywały się nad lasami, moczarami i bagnami. Tego rodzaju aura z nadmiarem wilgoci w atmosferze, dawała się we znaki mieszkańcom Polesia, szczególnie osobom w podeszłym wieku (częste narzekania na bóle w stawach ramion, łokciach, biodrach i kolanach). Mimo to warunki i środowisko naturalne na Polesiu za moich czasów były tak zdrowe, że obecnie można ich z ubolewaniem tylko pozazdrościć. Tak zdrowego środowiska naturalnego nie spotkamy dziś na rozległych terenach nawet całej Europy, chyba dorównuje pod tym względem tylko dorzecze Amazonki w Południowej Ameryce. Struktura warstwy nadziemnej powietrza atmosferycznego pod względem fizycznym, chemicznym, która pokrywała tę krainę, była dziewiczo czysta, niczym nie skażona. Cała tajemnica tego zjawiska polegała na tym, że w województwie poleskim nie było żadnego przemysłu, a cała Polska okresu międzywojennego również nie była uprzemysłowiona. Jeśli były zakłady produkcyjne to tylko o charakterze drobnej wytwórczości. Miasta liczące ponad 250 tysięcy mieszkańców były położone daleko od tego regionu. Mierząc odległości, w prostej linii od środka województwa poleskiego, Lwów był oddalony o 280 km, Białystok 200 km, Wilno 280 km, Warszawa 300 km, Śląsk 500 km i Kijów 550 km. Komunikacja autobusowo – samochodowa w ogóle nie istniała, choćby i dlatego, że wcale nie było dróg o utwardzonej nawierzchni. Owszem, rzadziej niż raz w roku przyjeżdżał z trudem po tych drogach samochód osobowy, przeważnie pana starosty, który od czasu do czasu wizytował poszczególne tereny albo samochód jego świętobliwości biskupa odwiedzającego niektóre kościoły organizujące tak zwane odpusty lub inne większe uroczystości kościelne. Nawet dymiący parowóz kolejki wąskotorowej na odcinku 100 km z Kamienia Koszutskiego do Pińska wahadłowo przejeżdżał przez Polesie tylko dwa razy dziennie. Prócz tego odcinka znanych innych linii kolejowych na tym terenie nie było. W związku z tym gleba również nie była skażona żadnymi szkodliwymi dla zdrowia substancjami. Nawet nie stosowano tam żadnych nawozów sztucznych, a pod uprawę ziemiopłodów dawano tylko nawozy naturalne, czyli obornik. Stąd też wszystkie produkty spożywcze będące wytworem tamtejszego środowiska naturalnego, jak zboże, okopowe, ogrodnicze, nabiałowe, pszczelarskie, leśne jagody, grzyby orzechy laskowe ryby i woda miały swój naturalny smak, były zdrowe i pożądane dla organizmu ludzkiego i nie tylko… I dlatego chyba spotykało się tam ludzi żyjących ponad sto lat. Osobiście znałem Ukraińca, który zmarł w 1932 roku, mając 102 lata i Ukrainkę 103-lenią, która jeszcze po wsi chodziła ulicą, podpierając się kijkiem. A poza tym moja siostra stryjeczna, która tam jest urodzona, ma już 88 lat i jako Wiktoria Szlachciuk jeszcze żyje, zamieszkując z prawnukami w Pniewkach koło Pniew w województwie poznańskim. Dla uściślenia sprawy zaznaczam, że moje stwierdzenia, iż jeszcze żyje, zostało napisane w dniu 8 czerwca 1990 roku.
Przedstawiłem w ogólnym zarysie warunki naturalne Polesia i dawnego województwa poleskiego. Mówiąc szczerze, nie byłem w stanie głębiej scharakteryzować tych warunków, ponieważ upłynęło już pięćdziesiąt lat od czasu, kiedy tam przebywałem. Jeszcze na zakończenie tego rozdziału przedstawiam słowa piosenki pod tytułem „Polesia czar”, która była śpiewana w środowisku ludności polskiej. Oto ona:
Pośród lasów, łąk i wód toni, w ciągłej życia smutnej pogoni żyje polski lud. Polesia czar to dzikie knieje, moczary, Polesia czar to dzikich wichrów jęk. Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary, serce me drży, dziwny ogarnia lęk. Brzęczą komarów i much roje nad bagnami, słychać, jedzie skrzypiący wóz czasami, poprzez grząską drogę w bród, czasem ozwie się gdzieś łosia ryk albo w głębi puszczy głuszca krzyk. I znów trwa ta cisza niezmącona, a dusza śni w smutku rozmarzona, cudaczny o Polesiu sen. I słychać jak z głębi wód jakaś skarga się miota, życia prostota, a w sercu smutek i żal. Tam, gdzie sędziwe szumią lasy, ujrzałem pełnej krasy cudną dziewczynę kwiat, wtedy słońce piękniejsze mi się zdało, wszystko w kręgu nas radowało, śmiał się do nas świat. Dzisiaj trudno mi o tobie śnić, w żalu i tęsknocie dłużej żyć. I znów trawa, ta cisza niezmącona, dusza śni w smutku rozmarzona cudacznyo Polesiu sen.
Nazwisko autora tekstu tej piosenki nie jest mi znane, ani kto oraz w jakich okolicznościach i otoczeniu ją śpiewał. Toteż nie ręczę za oryginalność jej słów w zamieszczonym tekście. Mimo to uważam, że melodia i słowa tej piosenki w dużym stopniu wyrażają atmosferę panujących warunków i są niejako westchnieniem tej biednej, półdzikiej krainy.
P/w tekst stanowi fragment wspomnień autora część 1 zamieszczone na pdf. w internecie. Wyszukał i wstawił: B Szarwiło