Dzisiaj jest: 16 Grudzień 2017        Imieniny: Albina, Zdzisław
Czy w Polsce czczeni będą ukraińscy faszyści?

Czy w Polsce czczeni będą ukraińscy faszyści?

Maciej Pieczyński w wywiadzie z Wołodymyrem Wjatrowyczem, przewodniczącym Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, pt. „Z banderowcami walczyli czekiści”, zamieszczonym w tygodniku Do Rzeczy (nr 47.2017) nie zapytał go – jako podobno…

Readmore..

Świadomość  narodowa  Ukraińców  w Polsce

Świadomość narodowa Ukraińców w Polsce

„Jak wracasz z frontu (z Donbasu) do domu, do Lwowa, masz jakieś dziwne uczucie, bo u każdego swoje sprawy, biznesy, bary, dyskoteki …i nikt nie myśli, że gdzieś tam giną…

Readmore..

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Ultimatum, czyli z ręką w nocniku

Wiceprezes IPN, prof. Krzysztof Szwagrzyk – który towarzyszył wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu podczas jego wizyty na Ukrainie – ujawnił w wypowiedzi dla „Rzeczypospolitej”, że władze Ukrainy oczekują od Polski odbudowy nielegalnego…

Readmore..

Były prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili poprowadził marsz przeciwko władzom Ukrainy

Były prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili poprowadził marsz przeciwko władzom Ukrainy

/ FOTO z niedzielnego marszu w Kijowie: PAP/EPA O tym że od kilku lat Ukrainę trawi chaos w zarządzaniu strukturami tego młodego państwa wiemy ale konia z rzędem temu, co…

Readmore..

Chwała Galicji

Chwała Galicji

7 grudnia, czwartek, godz. 17.00, Nysa, Muzeum PowiatoweChwała Galicji. Fenomen Powszechnej Wystawy Krajowej we LwowieStarostwo Powiatowe w Nysie, Klub Tarnopolan i Muzeum Powiatowe w Nysie zapraszają na prezentację Tomasza Kuby…

Readmore..

Wspomnienia  z pracy nauczycielskiej na Wołyniu w latach 1936 – 1939.   - Część 1

Wspomnienia z pracy nauczycielskiej na Wołyniu w latach 1936 – 1939. - Część 1

W s t ę pW roku 1934 ukończyłem Państwowe Gimnazjum Nauczycielskie Męskie im. Romualda Traugutta w Dąbrowie Górniczej – uzyskując prawo nauczania w szkołach powszechnych (podstawowych). Postawiłem sam sobie pytanie:…

Readmore..

Czwarta obrona Birczy

Czwarta obrona Birczy

Od połowy listopada Polskę rozpala sprawa Birczy. Sprawy tej oficjalnie nie ma, ponieważ nie zauważają jej tzw. media głównego nurtu. Zwrócił na to uwagę nawet red. Paweł Wroński z „Gazety…

Readmore..

Wigilia u Wileniuków

Wigilia u Wileniuków

W pierwszy grudniowy wieczór, w Domu Polonii przy Krakowskim Przedmieściu 64 w Warszawie Kresowianie zasiedli do Wileńskiej Wigilii. Gospodarzem wigilijnej wieczerzy był Oddział warszawski Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej…

Readmore..

Czy prezydent Duda powinien pojechać na Ukrainę?

Czy prezydent Duda powinien pojechać na Ukrainę?

Na tak postawione pytanie, goście Radia Wnet: prof. Nowak oraz poseł Jakubiak z Kikiz’15 jednoznacznie odpowiedzieli że NIE!.Prezydent nie powinien legitymizować swoją obecnością postawy ukraińskiej szczególnie tej, która niewątpliwie uderza…

Readmore..

Ostateczne rozwiązanie. Zniszczyć Zasmyki

Ostateczne rozwiązanie. Zniszczyć Zasmyki

/ foto: Uczniowie Szkoły Powszechnej w Zasmykach, rok 1938. W górnym rzędzie siódmy od prawej Leon Mariański (Karłowicz) - autor książki „Zasmyki były naszym domem”. Siedzą nauczyciele Klotylda i Władysław…

Readmore..

Grudniowy numer KSI wydany

Grudniowy numer KSI wydany

W grudniowej gazecie gazecie m.in: Pomnik Wołyński w Lublinie – Jest ustawiony na Skwerze Ofiar Wołynia.Dzień 25 listopad 2017 r na trwalezapisze się w świadomości mieszkańców Lublina tego dnia został…

Readmore..

HENRYK ZBIERZCHOWSKI  BARD LWOWA

HENRYK ZBIERZCHOWSKI BARD LWOWA

/ By Kazimierz Sichulski - Źrodła własne 2011-09-04, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=16331152 Henryk Zbierzchowski (ur. 19 listopada 1881 we Lwowie , zm. 6 listopada 1942 w Krynicy ) - polski poeta,…

Readmore..

Wspomnienia z pracy nauczycielskiej na Wołyniu w latach 1936 – 1939. - Część 1

W s t ę p

W roku 1934 ukończyłem Państwowe Gimnazjum Nauczycielskie Męskie im. Romualda Traugutta w Dąbrowie Górniczej – uzyskując prawo nauczania w szkołach powszechnych (podstawowych). Postawiłem sam sobie pytanie: Co dalej robić? Były to przecież lata, gdzie wielu nauczycieli było bez pracy. Znalezienie jakiegokolwiek zajęcia było wtedy wielkim problemem.
Jedynym dla mnie wyjściem było wstąpienie do wojska i odbycie zasadniczej służby wojskowej. Jako ochotnik znalazłem się w wojsku.
Służbę wojskową odbywałem  w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie, gdzie po półrocznym przeszkoleniu uzyskałem stopień kaprala z cenzusem, a następnie przez jeden miesiąc byłem na praktyce w 37 Pułku Piechoty Ziemi Łęczyckiej w Kutnie jako dowódca drużyny. Po odbyciu praktyki skierowany zostałem na Dywizyjny Kurs Podchorążych przy 18 Pułku Piechoty w Skierniewicach, gdzie w obozie ćwiczebnym Raducz szkolono nas na dowódców plutonów. Po uzyskaniu tytułu podchorążego rezerwy powróciłem do 37 pułku w Kutnie, jako do mojego pułku macierzystego. W sumie cała moja służba wojskowa trwała jeden rok.

Będąc jeszcze w wojsku, pod koniec mojej służby złożyłem podanie o pracę nauczycielską na Wołyniu (kuratorium Wołyńskie z siedzibą w Łucku).
Po odbyciu służby wojskowej miałem większą szansę na uzyskanie pracy nauczycielskiej. Tak też się stało. Otrzymałem pracę na terenie powiatu Sarny. Przedtem pół roku jednak musiałem siedzieć jako bezrobotny, na łaskawym chlebie rodziców.

/ Autor wspomnień, Albin Piechota, w latach 30-tych

P r a c u k i,  gmina   Dąbrowica, powiat Sarny
Po odbyciu służby wojskowej powróciłem do domu rodzinnego [w Dąbrowie Górniczej] i przez 7 miesięcy szlifowałem bruki po rodzinnym mieście, to znaczy wieczorem spotykałem się z kolegami i tak bez celu spacerowaliśmy całymi godzinami  po ulicy Sobieskiego, 3-go Maja, Królowej Jadwigi. Spacer swój kończyliśmy zwykle o godz. 22-giej, gdy odezwała się syrena Huty Bankowej.
W końcu kwietnia 1936 roku otrzymałem pismo z Inspektoratu Szkolnego w Sarnach z propozycją objęcia pracy nauczyciela wędrownego na terenie tamtejszego powiatu. Na czym polegała praca nauczyciela wędrownego wyjaśniam w dalszej części mojego wspomnienia.
Pierwsze kroki w pracy nauczycielskiej stawiałem we wsi Pracuki, gmina Dąbrowica, powiat Sarny. W tej wsi uczyłem od maja 1936 roku do 31 stycznia 1937 roku. Szkoła ta zorganizowana była przez Macierz Szkolną. Umowę o pracę podpisywałem nie w Inspektoracie ale w Urzędzie Gminnym w Dąbrowicy, gdzie wójtem był pan Hipolit Regulski, były legionista, dojeżdżający do pracy codziennie pociągiem ze Saren. Za pracę miałem otrzymywać wynagrodzenie miesięczne w wysokości 80 złotych (osiemdziesiąt). Ja oczywiście i z tej pracy byłem zadowolony.
Z  Dąbrowicy przywiózł mnie do Pracuk  (19 kilometrów) znajdujący się akurat w tym czasie w gminie Pan Henryk Matias, osadnik wojskowy z Antonina, a którego żona pochodziła właśnie z Pracuk.

/ Pozostałości polskich domów na Wołyniu

W Pracukach dotychczas szkoły nie było. Dzieci z tej wioski uczęszczały do szkoły w Niwecku, oddalonym od Pracuk o 4 kilometry. Odległość ta i bagnisty teren stanowiły wiele kłopotów dla maluchów z I i II klasy.
Rozpocząłem organizowanie szkoły w Pracukach. W pracy tej i stawianiu pierwszych kroków nauczycielskich pomógł mi bardzo dużo pan Edward Chlebik – kierownik szkoły w Niwecku. Otrzymałem od niego dla mojej szkoły tablicę i kilka ławek szkolnych. Resztę umeblowania klasy stanowiły stoły przyniesione od gospodarzy i długie zwyczajne ławy wiejskie.
Niewielka izba wiejska wynajęta przez mieszkańców wsi przez gospodarza Petrykowskiego stanowiła salę szkolną. Moja klas miała chyba nie więcej jak 20 metrów kwadratowych powierzchni i uczyłem w niej 21 dzieci. Były to dzieci z klasy I i II. Natomiast dzieci starsze z Pracuk  uczęszczały nadal do Niwecka.
Po drugiej strony wąskiej sieni miałem do swojej dyspozycji niewielki pokoik, w którym mieszkałem. Pokoik mój był chyba o wymiarze 8 metrów kwadratowych. Umeblowanie mojego mieszkania składało się z długiej  ławy,  na której leżały jakieś stare drzwi, na których położyłem sobie siennik bogato wypchany słomą. Na sienniku prześcieradło, koc i niewielka poduszeczka pod głowę. Mój stół stanowiła beczka obrócona dnem do góry a na niej parę zbitych desek nakrytych szarym papierem. Obok stołu prawdziwe jedno krzesło. Na moim stole postawiona samowar, nieodzowny rekwizyt każdego szanującego się domu na Wołyniu.
Ponieważ zaangażowano mnie jako nauczyciela wędrownego, chyba ze względu na moje nazwisko i moją służbę wojskową w piechocie – musiałem więc wędrować.
Jakieś 7-8 km od Pracuk w kierunku wsi Osowa, w głuszy leśnej znajdowała się niewielka osada Ostrów. Tam również nie było szkoły. Zawiózł mnie tam swoimi końmi kierownik szkoły z Niwecka oraz poznał mnie z kierownikiem szkoły w Osowej (nazwiska nie pamiętam), od którego znowu uzyskałem tablicę i parę ławek do szkoły w Ostrowiu. Do tej szkoły uczęszczało tylko dwanaścioro dzieci z klas I i II. Starsze dzieci chodziły do szkoły w Osowej.
W Pracukach uczyłem przez 4 dni a w Ostrowiu przez 2 dni. Byłem więc nauczycielem wędrownym. Muszę tu jeszcze dodać, że mieszkańcy Ostrowa (czy też Ostrowia) mięli mnie furmanką przewozić do szkoły i ze szkoły. Zrezygnowałem z tego przywileju. Obie wioski zobowiązane były również do dostarczenia mi żywności. Z tego przywileju również zrezygnowałem.
Jako nauczyciel wędrowny wędrowałem bez względu na pogodę – deszcz , mróz, śnieg, błoto nie były mi straszne. Wędrowałem lasem z jednej szkoły do drugiej, a najciekawsze to, że nigdy nie narzekałem.
Gospodarze z Ostrowa ostrzegali mnie tylko przed wilkami, ale niebezpiecznie było wędrować przez las tylko nocą. Ostrów zasługiwał na uwagę z tego powodu, ze w tej niewielkiej, bo liczącej zaledwie kilka chat osadzie mieszkali sami Podgórscy i Turowscy. Innych nazwisk tam nie było. Miejscowość ta leżała wśród gęstego lasu, z dala od drogi, daleko od ludzi i Boga. W Osowej była szkoła, która miała dwóch nauczycieli. Była to typowa wieś ruska. We wsi nie było ani jednego Polaka z wyjątkiem nauczycielki Marii Kidzianki. Mieszkały tam również 3 rodziny żydowskie, zajmujące się oczywiście tylko handlem.
Również w Niwecku mieszkała jedna rodzina żydowska, prowadząca sklepik wiejski, w którym można było zaopatrzyć się w naftę, sól, mydło i inne artykuły, a co najważniejsze a raczej najciekawsze, można tam było kupić słoninę i kiełbasę. Zresztą co się nie robi dla interesu? Od tego była przecież żydowska glowa…
Moimi najbliższymi sąsiadami byli koledzy pracujący w Niwecku.  Niweck, jak już poprzednio wspominałem był osadą wojskową. O kierowniku tamtejszej szkoły już pisałem (pan Edward Chlebik ze Śląska Cieszyńskiego). Cieszył się on wielkim autorytetem na terenie całego powiatu jako dobry gospodarz i wspaniały wychowawca. Jako porucznik rezerwy artylerii był też autorytetem wśród osadników wojskowych. Dom jego otwarty był dla wszystkich.
Serdecznymi kolegami z Niwecka byli: Marian Jabłoński pochodzący z okolic Inowrocławia i Bronisław Rój z rzeszowskiego. W szkole w Niwecku uczyła również pani Janina Kalinowska ze Lwowa, ale ta ze wszystkimi była na stopie wojennej.
W toku mojej pracy poznałem mich dalszych sąsiadów i kolegów. W odległej od Pracuk o 15 km Krzywicy uczył Stanisław Hepner z lubelskiego. Tam też uczyła młoda , przystojna koleżanka, której nazwisko ulotniło się z mojej pamięci.
W Dąbrowicy były dwie szkoły siedmioklasowe. Kierownikiem jednej z tych szkół był  Stanisław Stygar, a drugiej Mohiła. W Kuraszu koło Bereżnicy uczyli państwo Kasprowiczowie. W Remczycach, po drugiej stronie Horynia,  naprzeciwko Bereżnicy uczył kol. Strzelecki, pochodzący z kieleckiego. W Osowej uczyła pani Maria Kidzianka.
W Pracukach mieszkała ludność mieszana. Mieszkali tu Polacy jak i Rusini, więc katolicy i prawosławni. Najbliższe kościoły były w Dąbrowicy (19 km) i Bereżnicy (7 km). Obok kościołów w Dąbrowicy i Bereżnicy znajdowały się cerkwie prawosławne. Cerkwie prawosławne znajdowały się też w Kuraszu, Bereściu i Zaleszanach.
W Zaleszanach ( 15 km od Pracuk) księdzem prawosławnym był Arseniusz Amelianowicz, starszy ode mnie o jeden rok. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Miał młodą , piękną żonę Tatianę. Często odwiedzaliśmy go z kolegami z Niwecka. Wraz z nimi mieszkała jej matka, staruszka, wdowa po popie, która w rozmowie z nami posługiwała się tylko językiem ruskim. Ponieważ ja nie znałem języka ruskiego to Arseniusz względnie Tatiana byli naszymi tłumaczami. Jeden z braci Tatiany był również popem gdzieś na Polesiu.
 Wszystkie domy we wsiach i miasteczkach były drewniane. Murowane były tylko kościoły i cerkwie w Dąbrowicy i Bereżnicy.
Duża gmina Dąbrowica leżała w północnej części powiatu sarneńskiego, gdzie graniczyła z województwem poleskim. Tereny te niczym nie różniły się od siebie. I tu i tam były takie same lasy mieszane, podmokłe łąki i bagna. Zresztą powiat warneński pierwotnie należał do województwa poleskiego, a dopiero później został przyłączony do województwa wołyńskiego (1936).
Olbrzymie lasy znajdujące się w tych stronach były prywatną własnością Broel – Platterów. Z tych P{lat terów wywodziła się słynna Emilia Platter – uczestniczka powstania 1830-1831 roku.
Upłynął chyba z miesiąc od rozpoczęcia mojej pracy nauczycielskiej w Pracukach, kiedy przyjechała na wizytację mojej szkoły Pan Franciszek Polowiec , podinspektor szkolny z Sarn. Jedyną moja pomocą naukową w szkole była tablica i kreda, wypożyczona od kolegów z Niwecka. Nie posiadałem ani jednej złotówki w budżecie szkolnym jak i samego budżetu.
Kilkoro uczniów siedziało w ławkach szkolnych, część zaś siedziało na długich ławach przy zwykłych stołach. Dwóch uczniów pisało trzymając zeszyty na parapetach okiennych, a najstarszy, Franek, położył się na podłodze i tak pisał w pozycji leżącej. Najdumniejsi byli ci uczniowie co siedzieli w ławkach szkolnych. Całą dokumentacją szkoły był tylko dziennik lekcyjny, gdzie notowałem obecność uczniów na lekcji i zapisywałem tematy przeprowadzonych lekcji. Innej dokumentacji nikt nie wymagał ode mnie. Po cóż bawić się w biurokrację?
Najbliższa poczta, stacja kolejowa i posterunek policji znajdował się w Dąbrowicy.  Tam też znajdował się tartak i niewielki szpitalik. Na stosunkowo duży obszar gminy posterunek policji składał się aż z 3 osób. Komendantem posterunku był Pan Śledź, który wszystkie wioski objeżdżał konno. Posterunkowymi byli Zygmunt Stasicki  i  Jan Bała. Obaj posterunkowi często zaglądali do Pracuk, tu bowiem mieli swoje sympatie (siostry Kazia i Pela).
Dzieci w szkole były bardzo nieśmiałe i stąd chyba ich grzeczność a ludzie we wsi byli bardzo uprzejmi i gościnni.
Do klasy pierwszej uczęszczało dwóch braci bliźniaków Iwan i Wasyl Plaszko. Byli oni tak podobni do siebie, że nigdy nie mogłem ich odróżnić. Kiedy zwracałem się do jednego z nich mówiąc „Powiedz Wasyl” to ten wstawał i mówił  „Eto ja Iwan”. Kiedy chciałem zapytać według mnie Iwana, ten wstawał i mówił „Eto ja Wasyl”. Do tej samej klasy uczęszczała zawsze uśmiechnięta  Mania Plaszko, - ciotka Iwana i Wasyla. Z nią miałem inna zabawna przygodę. Na jednej z lekcji mówię :
- Chodź Maniu do tablicy.
- Charaszo -  odpowiada Mania, wychodzi z ławki i staje przed tablicą.                                                
-  Weź  kredę,  znowu   mówię   do Mani.                                                                                                 
- Charaszo odpowiada Mania wpatrzona we mnie.
-  Napisz na tablicy pięć, wydaję jej polecenie.
- Charaszo, odpowiada znowu Mania ale pisze na tablicy 4.
-  Co ty napisałaś na tablicy, Maniu  - pytam znowu.
-  Sztyry - pada natychmiast odpowiedź.
-  A co ja tobie kazałem napisać ?                                                                                                             
- Piat - odpowiada rezolutnie Mania.                                                                                                                    
-  Zetrzyj tablicę i napisz pięć – wydaję jej nowe polecenie. Mania macha ręką i powiada:                                                                                                                                        
-  Nechaj bude sztyry i już znalazła się w ławce.
Innym razem pytam jednego z uczniów dlaczego nie pisze, ten mi odpowiada, że nie ma „czernyła” a inny zaś że nie ma „karandasza”. Dopiero uczennica Iren wytłumaczyła mi co to jest „czernyło” (atrament)  i co to jest „karandasz” (ołówek).

/ Młodzież polska z Klesowa  /1937-1938/ powiat Sarny na Wołyniu

W sąsiednim domu obok szkoły mieszkał ojciec gospodarza domu , w którym znajdowała się nasza szkoła – stary Petrykowski. Jego wnuki chodziły do szkoły w Niwecku. Jak tam któryś z wnuków coś zbroił, ten grubym, basowym głosem wołał za nim: „ A sztob tiebie wołki pokuszały”. Słowa te często wpadały do naszej klasy i wywoływały wesoły śmiech dzieci. Ponieważ naukę w Pracukach i Ostrowie rozpocząłem dopiero w maju miałem ją kontynuować w okresie wakacji.  Niestety powołano mnie na ćwiczenia wojskowe.
Wakacje roku 1936 spędziłem na 6-cio tygodniowych ćwiczeniach wojskowych w 37 pułku piechoty w Kutnie, gdzie zostałem powołany jako podchorąży rezerwy.  Na ćwiczenia do Kutna jechałem przez całe Polesie. Z Dąbrowicy przez Łuniniec, Pińsk, Brześć nad Bugiem , Warszawę. Z okien wagonu oglądałem przepiękny o tej porze roku krajobraz Polesia. Okres ćwiczeń wojskowych spędziłem na poligonie w Raduczu koło Skierniewic.
 W międzyczasie córka  gospodarza wyszła za mąż. Potrzebne jej było mieszkanie. Z tego powodu musieliśmy przenieść „naszą szkołę” do domu Żarnickich, gdzie była sala większa niż poprzednio a ja otrzymałem duży, umeblowany pokój obok szkoły, u Przyłuckich.
W Pracukach mieszkały dwie gałęzie Przyłuckich. Jedni z nich zachowali wiarę katolicką i nazywali się Przyłuccy. A inni w przeszłości przeszli na prawosławie i ci nazywali się Pryłuccy, chociaż jeden z nich podpisywał się Wiktor Przyłucki. Zresztą jedni i drudzy żyli ze sobą w wielkiej zgodzie. Babka czy tez może prababka Przyłuckich była kiedyś córką księdza unickiego. Unici byli członkami kościoła grecko – unickiego, popierani przez królów polskich w XVII i XVIIII wieku. Była to forma polonizowania obszarów wschodnich Rzeczypospolitej. W czasie zaborów wściekle prześladowani przez carat.
W zimowe wieczory lubiłem słuchać opowieści starego Przyłuckiego, gospodarującego na obszarze ok. 100 hektarów podmokłej ziemi. Była to największa gospodarka w Pracukach. [ Jak popatrzyłem na współczesna mapę Pracuk to widać dwie, może 3 chałupy, przydomowe zagródki lub chlewiki, a reszta ziemi leży odłogiem.] Obszerny dom składał się z 5 izb, których jedna ja zajmowałem i robił wrażenie dworku szlacheckiego. Gospodarstwo liczyło 20 krów, dwie pary wołów, dwa konie i przeszło 50  prymitywnych, starych uli, pełnych miodu. Najstarszy syn Antoni pełnił rolę sołtysa i na nim ciążył obowiązek dbania o szkołę. Robił w tym zakresie wszystko co mógł. Sołtys mieszkał w swoim budynku na skraju wsi przy drodze prowadzącej do Antonina.
Gospodarkę Przyłuckich prowadził młodszy syn Szczepan ( w rodzinie nazywano go Szczepciu). Poza tym trzy córki były mężatkami  i mieszkały w innych miejscowościach  (Antoninie, Bereżnicy i Ołyce), a trzy najmłodsze były jeszcze w domu przy rodzicach i czekały na mężów.
Przyłuccy dumni byli z tego, że rodzina wywodziła się z dawnej szlachty zaściankowej. O dziewczętach pochodzących z rodzin ruskich mówili „to chłopka”, chociaż ani jedni ani drudzy niczym się nie różnili. W domu Przyłuckich posługiwano się tylko językiem polskim. Stary Przyłucki był żywą historia dawnych czasów. Opowiadał mi jak to jeszcze za cara przeprowadzono do Dąbrowicy pierwszą linie telefoniczną. Pastuchy poprzecinały druty i porobili sobie z nich baty. Publiczne powieszenie jednego z nich położyło dopiero kres niszczenia linii telefonicznej.
Chcąc dostać się z Pracuk do Sarn końmi ( około 25 kilometrów) należało koło Bereżnicy przeprawić się promem na drugi brzeg Horynia. Mostu na Horyniu w miejscu nie było. Opowiadał mi również stary Przyłucki jak pierwsze auto pojawiło się na tym terenie i właściciel auta chciał promem przeprawić się na drugi brzeg rzeki. Przewoźnicy, którzy dotąd nigdy nie widzieli samochodu na jego widok uciekli przestraszeni, krzycząc ile sił w gardle: „Nieczysta siła bieżyt”.
W sąsiednim domu obok szkoły mieszkał gospodarz Timoch Plaszko. Był to bardzo ciekawy człowiek o bogatej przeszłości. Podczas wojny polsko – radzieckiej w 1920 roku zorganizował na tym terenie „Respublikę Dąbrowicką” i ogłosił się jej atamanem. Przez kilka lat siedział w polskich więzieniach. Chyba na miesiąc przed moim przybyciem do Pracuk wyszedł znowu z więzienia po odsiedzeniu ostatniego wyroku. Jego córka Irena chodziła do szkoły w Pracukach. Bardzo chętnie rozmawiał ze mną na różne tematy. Był oczytany. W stosunku do mnie był bardzo uprzejmy a ja lubiłem z nim rozmawiać.
Opowiadali mi osadnicy z Niwecka jak i stary Przyłucki o wydarzeniach z roku 1920-go. Uzbrojeni w widły i kosy oraz siekiery chłopi ruscy ruszyli na Bereżnicę „ryzać Polaków”. Powiadomieni o tym żołnierze polscy przygotowali na nich zasadzkę w lesie a na  starym wiatraku koło Bereżnicy ustawili dwa ciężkie karabiny maszynowe. Kiedy zbuntowane chłopstwo znalazło się koło wiatraka niespodziewanie otworzono do nich ogień z broni maszynowej a z tyłu uderzył na nich oddział polskiej kawalerii. Wystraszone chłopstwo uciekło na druga stronę Bereżnicy, aby jak najprędzej przeprawić się na druga stronę Horynia, gdzie znajdowały się oddziały radzieckie. Żołnierze radzieccy myśleli , że te oddziały zbuntowanego chłopstwa chcą ich zaatakować i otworzyli również ogień z broni maszynowej. Padło wtedy wielu ludzi, a ich trupy podobno zbierano dłuższy czas po polach.
Na tamtym terenie gleby były liche więc były tanie. Chętnie przyjeżdżali w tamte okolice ludzie z innych stron Polski. Tu nabywali ziemie po niskich cenach i zakładali nowe gospodarstwa. W pobliżu Pracuk nabyli ziemię dwaj bracia Madejscy z Książa Wielkiego (kieleckie). Z biegiem czasu założyli w Pracukach mleczarnię  i dobrze im się powodziło. Syn Madejskiego, Gienek, często mnie odwiedzał w Pracukach.
Muszę tu wspomnieć o nadleśniczym Ostruszkiewiczu, dozorującym olbrzymie lasy hrabiego Plattera. Budynek nadleśnictwa znajdował się przy trakcie prowadzącym  z Dąbrowicy do Niwecka. W pobliżu nie było żadnego budynku. Często gościłem w jego domu bo rodzina była bardzo gościnna i stale zapraszali mnie do siebie. Jedyna ich córka uczęszczała do gimnazjum w Łunińcu. Do domu przyjeżdżała tylko na święta i w wakacje. U Ostruszkiewiczów spotykała się cała ówczesna „śmietanka”, a więc: wójt, naczelnik poczty, komendant posterunku policji, ksiądz katolicki z Dąbrowicy, ksiądz prawosławny z Zaleszan, kierownik szkoły i dwaj koledzy z Niwecka oraz ja, nauczyciel wędrowny z Pracuk.
W lecie chodziliśmy tam zwykle pieszo, w zimie ze względu na wilki woleliśmy jechać chłopskimi saniami. Zajeżdżaliśmy tam w sobotę w godzinach popołudniowych a wracaliśmy późno w nocy lub nad ranem. Zawsze było tam wesoło i gościnnie. W domu tym panowała wspaniała atmosfera, nacechowana szczerością.
Ciekawym człowiekiem był również ksiądz prawosławny z Kurasza koło Bereżnicy. Był to bardzo poważny człowiek, o długiej patriarchalnej brodzie, o długich włosach spiętych z tyłu sznurkiem z konopi. W zimie i w lecie chodził w wysokich chłopskich butach. Miał piękną, kruczowłosą córkę Ksenię i nie mniej przystojnego syna.
Moimi serdecznymi kolegami byli wspomniani już Marian jabłoński i Bronisław Rój z Niwecka. Wszędzie nas można było spotkać razem. Razem jeździliśmy lub szli pieszo do Dąbrowicy, Bereżnicy, Zaleszan. Razem odwiedzaliśmy znajomych. Często spotykaliśmy się u mnie w Pracukach. W domu Przyłuckich, w którym mieszkałem, zawsze przyjmowani byli gościnnie. Częstowano ich staropolskim zwyczajem: chlebem z masłem, miodem i mlekiem. Często też używaliśmy miodu zamiast cukru. Miód był zawsze na miejscu, za cukrem trzeba było wędrować do Bereżnicy lub Dąbrowicy.
Chyba w grudniu 1936 roku odbywały się w Pracukach wybory sołtysa. W wyborach wziął udział wójt z Dąbrowicy - Regulski, dotychczasowy sołtys Antoni Przyłucki i ja jako przewodniczący komisji wyborczej. Wybory te odbywały się w moim mieszkaniu. Odbywały się w ten sposób, że na przywiezionych przez wójta listach wpisano kandydatów na sołtysa. Wybrany został oczywiście jednogłośnie Antoni Przyłucki. Protokół zabrał wójt i już było po wyborach. Należy tu z całą otwartością powiedzieć, że Antoni Przyłucki najlepiej nadawał się na to stanowisko. Nikt z mieszkańców Si nawet nie wiedział o wyborach.
Na skraju wsi, między Pracukami a Niweckiem, osiedlił się Bronkowski z kieleckiego. Tu karczował las, wybudował sobie dość skromną chatę, uprawiał licha ziemię. Cała jego rodzina nie żałowała rąk do pracy a warunki pracy były ciężkie, wszyscy pracowali od rana do nocy. Jego najmłodszy syn Franek uczęszczał do mnie do II klasy.  Franek był bardzo ciekawym chłopcem, zawsze miły, uśmiechnięty, ale do nauki jakoś nie miał chęci. W drodze do Niwecka zawsze przechodziłem obok jego domu. Dom był samotny, położony na odludziu, spory kawałek drogi od wsi.
Kiedykolwiek Franek zobaczył, że przechodzę koło ich domu, kłaniał się z daleka, przychodził do mnie i odprowadzał mnie do samej szkoły w Niwecku. Tam robił niespodziewanie w tył zwrot i sam ścieżką prowadzącą przez podmokle zarośla powracał do domu.
Jednego razu Franek odprowadzający mnie do Niwecka  zrobił tajemniczą minę i odezwał się do mnie w ten sposób: -  Proszę pana, ja już wiem za co pana tu dali.
-  Za co to, Franuś? – pytam ciekawie
-  Za politykę! – pada odpowiedź.
- Za jaką politykę? – znowu ja zadaję pytani.
- Za politykę, co pan uprawiał z innymi panami.
-  A kto ci tak o tym powiedział ?   
-  Mój tata!

Wiadomość ta przyjąłem ze szczerym uśmiechem. Widocznie ojciec Franka ubzdurał sobie, że ja na tamtym terenie znalazłem się na skutek karnego przeniesienia. Kiedy opowiedziałem o tym kolegom z Niwecka – uśmialiśmy się serdecznie.
Innym razem w drodze do Niwecka mowie do Franka, żeby nauczył się czytać, ponieważ jutro będę go pytał. N drugi dzień Franek wchodząc do klasy kłania się nisko i mówi do mnie:
-  Proszę pana, dzisiaj będzie koza (pozostanie po lekcjach).
Ja na te słowa nie zwróciłem uwagi i rozpocząłem prowadzenie lekcji. Zapomniałem o tym co Franek mówił wchodząc do klasy. W toku lekcji czytania zwracam się do Franka z poleceniem, aby ten czytał dalej. Ten wstaje ze szczerym uśmiechem na twarzy mówi:
- A nie mówiłem panu, że dzisiaj będzie koza ?
-Pozostaniesz po lekcji i nauczysz się czytać….                                                                                                
-  No to pan musi ze mną siedzieć. Nie lepiej to panu iść do domu na obiad?                                      
-  Nie. Dzisiaj do domu na obiad nie pójdę. Ty będziesz dotąd siedział w klasie dopóki nie nauczysz    się czytać tej czytanki!
Zmartwiony Franek jednym okiem spogląda na mnie a drugim na książkę względnie za okno. Ja w tym czasie przeglądam zeszyty uczniów drugiej klasy. Gdzieś po dwóch godzinach takiego siedzenia Franek zwraca się do mnie:
-  Proszę pana, niech mnie pan już puści do domu, bo mi już kiszki z głodu marsza grają…                                                    
-  Niech ci kiszki nawet oberka grają, to ja cię nie puszczę!                                                                  
Za chwilę Franek wpadł na inny pomysł. Podchodzi pokornie do mnie i mówi:                                                
-  Proszę pana, mogę iść do ustępu ?                                                                                                   
-  Do ustępu możesz iść…
Franek momentalnie wstaje w drzwiach, obraca się do mnie, nisko się kłania i mówi:
-  Do widzenia !  I momentalnie znika za progiem.
Ja czekam spokojnie na dalszy bieg wypadków. Ciekawy jestem co dalej zrobi Franek.
Za jakieś piętnaście minut uśmiechnięty Franek wraca do klasy. Usta ma jeszcze zapchane chlebem, w rękach też trzyma spory kęs chleba i kawal słoniny. Przełknąwszy to co miał w ustach mówi do mnie:
-  Proszę pana. Teraz mogę siedzieć nawet do rana.
- Gdzie ty teraz byłeś ?                                                                                                                                 
- Byłem tu niedaleko u brata. Tam sobie dobrze już podjadłem, jeszcze wziąłem sobie kawał chleba na noc. Bo ja, proszę pana, wolę być w szkole niż w domu. W domu to ja muszę wszystko robić, paść krowy, bawić dziecko u brata, a tui to nic nie robię.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Zostawiając go po lekcjach nie miałem zamiaru karać go w ten sposób, Chciałem mu pomóc w nauce. Żal mi się zrobiło Franka. Lubiłem tego chłopca. Chwilę zastanowiłem się co dalej robić.
- Idź Franek do domu paść krowy, a ja cię znowu któregoś dnia zapytam…

Taki był, niestety, los dzieci wiejskich.
Nie tylko na terenie gminy ale nawet na terenie całego powiatu nie było dróg bitych. W niektórych wioskach i miastach chodniki dla pieszych były ułożone z desek. Drewna tu nie brakowało.
[…]
Okoliczne lasy pełne były dzikiego ptactwa i zwierząt. Swoje legowiska miały tu wilki. Lasy były pełne jagód i grzybów. Okoliczna ludność zbierała je całymi koszami.
Ludność, zwłaszcza ruska, mieszkała dość prymitywnie. Dużo spotykał się kurnych chat z maleńkimi okienkami. Były to budynki mieszkalne o jednej tylko wielkiej izbie, bez komina odprowadzającego dym z ogniska. Na środku takiej izby palono ognisko a dym otworem w suficie wydobywał się na zewnątrz. W izbie było pełno dymu. Mieszkańcy nie mięli żadnych wymagań. Potrzebowali parę groszy na sól i kawałek mydła. Naftę zastępowało jeszcze łuczywo. Zamiast zapałek używano hubki i krzesiwa. Cukier zstępowany był przez miód. Sami robili sobie buty z łyka lipowego. Sami przędli len i robili płótno, którego szyli ubrania. Na zimę przyodziewek stanowiła baranica i kożuch barani.
Tak żyli i ubierali się z dziada pradziada. Nasze władze nic nie robiły aby zmienic na lepsze warunki życia tych ludzi. Była to już Polska C a może nawet D.
Ludność uprawiała dużo lnu, gryki, zwanej niekiedy hreczką. Z mąki gryczanej pieczono placki zwane blinami. Jedzono je ze śmietaną. W lasach iglastych, na wrzosowiskach i bagnach pełno było borówek. Na torfowiskach zaś rosły jagody żurawiny błotnej, pełnej witaminy C, z których sporządzano wspaniałe kisiele. Na płótnie lnianym własnej roboty wykonywano przepiękne hafty krzyżykowe, zwane również ukraińskimi. Do haftowania używano tylko nici w trzech kolorach: białym, czarnym i czerwonym. Takimi haftami ozdabiano ręczniki, koszule, bluzki i poduszki.
Wszystkie przydrożne ruskie krzyże były przyozdabiane pięknymi, haftowanymi ręcznikami. Miały one podobno w ten sposób chronić przed złymi mocami. Z całym pietyzmem przestrzegany był jeszcze prastary zwyczaj przynoszenia na cmentarz (mohiłki) jedzenie zmarłym. Ofiary te składane były w Dzień Zaduszny. Była to oczywiście wielka uczta dla okolicznych psów. Ludność jednak święcie wierzyła, że jedzenie spożyły dusze zmarłych przodków.
Pierwszą wigilię Bożego Narodzenia spędziłem w Pracukach w rodzinie Przyłuckich. Święta obchodzono tutaj bardzo uroczyście.  Tu, również po raz pierwszy, jadłem specjalną potrawę wigilijną zwaną kutią. Sporządzano ją z pozbawionej łusek pszenicy z dodatkiem maku i miodu. Po spożyciu kutii, a przed podaniem innych potraw wigilijnych, stary Przyłucki nabrał na łyżkę sporą ilość kutii i rzucił ja na sufit tak aby się do sufitu przykleiła. Ilość przylepionej do sufitu kutii miała decydować o dobrym urodzaju na miód. U Przyłuckich zawsze był dobry urodzaj miodu, koło domu rosły wiekowe lipy a pyłek kwiatowy gryki chętnie zbierały pszczoły.
Piece do gotowania były bez płyt żeliwnych. Potrawy gotowano w piecach chlebowych. Garnki wstawiano do pieca specjalnymi żelaznymi widełkami.
Jedynymi „zakładami przemysłowymi”  na terenie gminy były: tartak w Dąbrowicy i smolarnia żydowska koło Krzywicy. W smolarni tej  wyrabiano z nieużytków drzewnych smołę, terpentynę  oraz spirytus drzewny.  Z Dąbrowicy biegła w kierunku Chinoczy kolejka wąskotorowa, którą zwożono drewno do tartaku.
Jedyną organizacją działającą na terenie gminy Dąbrowica stanowili tak zwani „Krakusi”. Było to konne przysposobienie wojskowe skupiające młodzież w wieku przedpoborowym  lub starszych, którzy nie służyli w wojsku. Każdy z nich musiał posiadać własnego konia. Na wypadek wojny oddziały ‘krakusów’ miały tworzyć szwadrony tak zwanej kawalerii dywizyjnej. Szwadrony miały za zadanie prowadzenie rozpoznań i ubezpieczenia. Raz w roku organizowane były dla nich zawody konne w Dąbrowicy.  Niektórzy z uczestników zdobywali cenne i wartościowe nagrody. Ambicją każdego ‘krakusa”  było wzięcie udziału w tych zawodach.
Dwukrotnie zabłądziłem w nocy w lesie. Pierwszy raz dość spokojnie przeszło. Nie wiedziałem jeszcze o tym, że  w tych lasach spotyka się wilki. Drugi raz , kiedy mnie już ostrzeżono przed wilkami, było gorzej. Błądziłem całą noc ale nad ranem dobrnąłem do domu.
Innym razem z kolegami z Niwecka wybraliśmy się do Krzywicy.  Chcieliśmy sobie skrócić drogę idąc krzakami na przełaj. Dobrze było dopóki było widno. Jak znaleźliśmy się pośród bagien zapadła noc. Zdecydowaliśmy się siedzieć pod krzakami aż do świtu. Niebezpiecznie było posuwać się dalej.  Idąc za głosem szczekającego psa dotarliśmy z wielkim wysiłkiem do jakiejś chaty, gdzie wskazano nam drogę do wsi Hrycki, a stamtąd powróciliśmy już do Niwecka.
Ciekawą miejscowością była Bereżnica, leżąca nad majestatycznie płynącym, odległym o jeden kilometr, Horyniem. Horyń obfity był w ryby. Na łąkach leżących nad Horyniem wypasano stada świń. Prawie na każdej chacie w Bereżnicy znajdowało się gniazdo bocianie, a na niektórych chatach były nawet dwa gniazda.
Do Bereżnicy lubiłem chodzić do cerkwi, gdzie mogłem posłuchać dobrego chóru cerkiewnego. Z Bereżnicy można było dostać się furmanką do Sarn. Codziennie z Bereżnicy jeździła furmanka po pocztę do Sarn, stąd również zabierano listy do dalszej wysyłki. Właściciel furmanki chętnie zabierał pasażerów za opłatą jednego złotego od osoby.
Pobory służbowe otrzymywałem bardzo nieregularnie. Ostatnie zaległości wynosiły aż sześć miesięcy. Wypłacono mi je w styczniu. Byłem bogaty, bo otrzymałem aż 480 złotych.
Za całodzienne wyżywienie płaciłem 45 złotych miesięcznie. Wyżywienie u Przyłuckich było dobre i obfite, smaczne i urozmaicone. Dom Przyłuckich znany był z dobrej kuchni i gościnności.
Na wsi nie było ani jednego radia, a gazety rzadko tu docierały. Listy i pisma zawsze doręczał mi sołtys.
Gdzieś w drugiej połowie stycznia 1937 roku niespodziewanie zawiadomiono mnie, że nauka w szkole w Pracukach będzie przerwana na nieograniczony czas z powodu braku pieniędzy na opłacanie nauczyciela. Znalazłem się w bardzo kłopotliwym położeniu. Co dalej mam robić ? Czy mam wracać do rodziców ?
W dniu 29 stycznia (moje urodziny) powiadomiono mnie przez kierownika szkoły w Niwecku, że od 1 lutego przechodzę na zastępstwo do Soch.
Z dniem 31 stycznia 1937 roku nauka w Pracukach i Ostrowiu została przerwana, mimo interwencji rodziców. Szkołę tu uruchomiono dopiero od 1 września 1937 roku, a obowiązki nauczycielki tej szkoły objęła pani Janina Dąbrowska z Krakowa.

/ Rokitno, pow. Sarny

S o c h y , gmina Dąbrowica, powiat Sarny
W wiosce tej pracowałem przez jeden miesiąc, to jest od 1-go lutego do 28 lutego 1937 roku.
Sochy leżały pięć kilometrów na północ od Pracuk. Była tu szkoła jednoklasowa, mieszcząca się w wynajętym budynku . Nauczycielka tej szkoły była na urlopie macierzyńskim. Mąż jej mieszkał i pracował w Radomiu. Od szeregu lat starała się o przeniesienie bliżej męża, ale niestety, bez rezultatu.
W Sochach byłem już nauczycielem kontraktowym i pobory moje wynosiły 120 złotych miesięcznie, a w Pracukach zarabiałem tylko 80 złotych. Widać z tego , że los szczęścia i tu się do mnie uśmiechnął.
Sochy znane były w całej okolicy z tego, że mieszkała tu z dziada pradziada szlachta zaściankowa. Mieszkał bowiem tu ród szlachecki Czeszejko – Sochackich. W całej wiosce było to tylko jedno nazwisko. Czeszejkowie – Sochaccy niczym się nie różnili od swoich sąsiadów z innych wiosek. Tak samo chodzili w łapciach z lipowego łyka, tak samo mieszkali często w kurnych chatach, ale dumni byli ze swojego szlacheckiego pochodzenia.
Wśród uczniów było kilku o tych samych imionach, a nawet imionach ojców. Stąd musiała istnieć numeracja uczniów, np. Czeszejko – Sochacki Michał, czy tez Jan I, II, a nawet III. Wszystkie imiona uczniów były polskie.
Była to szkoła jednoklasowa, o czterech oddziałach, a wg obowiązującego nazewnictwa „Szkoła powszechna I stopnia”. Starsi uczniowie uczęszczali do klasy V i VI w Niwecku.
Podczas mojej pracy w Sochach mieszkałem w odległym o 3  kilometry Antoninie, u osadnika wojskowego Pana Henryka Matiasa. Pan Matias był typowym kawalerzystą  i wzorowym gospodarzem. Jego hobby to konie, a zwłaszcza tak zwane „remonty” dla wojska. Hodował również wiele świń. Sąsiadem Henryka Matiasa był  również osadnik wojskowy, inżynier rolnik Kamil Jarmułowicz. Ponieważ ich córki uczęszczały do szkoły w Sochach, często korzystałem z ich sań, zwłaszcza podczas zawiei śnieżnych.
Ucząc w Sochach nadal utrzymywałem żywy kontakt z kolegami z Niwecka. Chętnie służyli mi swoją rada i doświadczeniem, których ja młodszy chętnie korzystałem.
Ponieważ w owych czasach urlop macierzyński trwał tylko jeden miesiąc, szybko przeleciał mi czas w tej miejscowości i znowu musiałem pakować swoje manatki. Zostałem przeniesiony na nowe miejsce pracy. Na stację kolejową w Dąbrowicy odwiózł mnie , wymieniony już, pan Henryk Matias. Dobrze czułem się u niego w domu, a dzieci jego bardzo przywiązały się do mnie.
--
cd. H u t a  N i e m o w i c k a, gmina Niemowicze, powiat Sarny