Dzisiaj jest: 19 Lipiec 2018        Imieniny: Alfred, Wincenty, Włodzisław
75 rocznica „Rzezi Wołyńskiej” na tle  100 rocznicy odzyskania „Niepodległości”

75 rocznica „Rzezi Wołyńskiej” na tle 100 rocznicy odzyskania „Niepodległości”

Po 123 latach niewoli Polacy w końcówce I wojny światowej wreszcie mieli szansę na odzyskanie nie tylko niepodległości ale i ojczyzny w granicach sprzed zaborów. Niestety na przeszkodzie do osiągnięcia…

Readmore..

Duchy Kresów Wschodnich

Duchy Kresów Wschodnich

Nie tak dawno, bo w maju 2018 r., na rynku księgarskim pojawiła się nietypowa pozycja książkowa zatytułowana jak wyżej, autorstwa: Alicji Łukawskiej. Dzięki uprzejmości autorki i wydawnictwa poniżej prezentujemy fragment…

Readmore..

Relacja z przebiegu uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika „Ofiar Wołynia” w Lublinie.

Relacja z przebiegu uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika „Ofiar Wołynia” w Lublinie.

/ foto: Odsłonięcie pomnika Msza Święta w kościele garnizonowym NMP przy ul. Aleje Racławickie 20 o godzinie 12.00 poprzedziła uroczystość odsłonięcia i poświecenia w Lublinie „Pomnika Ofiar Ludobójstwa dokonanego na…

Readmore..

Nie opłakano zmarłych, nie pozwolono na wyrażenie bólu

Nie opłakano zmarłych, nie pozwolono na wyrażenie bólu

Niewiele osób w Polsce zajmuje się tą częścią historii – dr Leon Popek wystąpił na Kongresie w Lublinie z referatem „Doły śmierci na Kresach - losy szczątków ofiar ludobójstwa OUN-UPA”.…

Readmore..

Dziewczyny z Wołynia

Dziewczyny z Wołynia

W 75 rocznicę „Rzezi Wołynia”: 4 lipca wydawnictwo Znak Horyzont wystawia na rynku księgarskim swoją najnowszą pozycję Dziewczyny z Wołynia, której autorką jest Anna Herbich. Autorka sama przyznaje, że jest…

Readmore..

Samoobrona  na Kresach

Samoobrona na Kresach

Autor, opierając się na dokumentach i relacjach świadków wydarzeń, przedstawia samoobronę Polaków przed ludobójstwem UPA na Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczpospolitej w latach 1939-1946. Zbrodnie UPA swym barbarzyństwem i okrucieństwem przewyższały…

Readmore..

Warszawa: Marsz Pamięci w 75. rocznice ludobójstwa

Warszawa: Marsz Pamięci w 75. rocznice ludobójstwa

11 lipca jak co roku, ok. 8 mln. populacja Kresowian i ich potomków, w 75 rocznicę Krwawej Niedzieli na Wołyniu będzie czcić pamięć ofiar tej rzezi. 11 lipca 1943 r.…

Readmore..

Żołnierz Niepodległości  - pułkownik „Lis- Kula”

Żołnierz Niepodległości - pułkownik „Lis- Kula”

Poszedł na wojnę mając zaledwie 17 lat. Zginął jako 22 -letni major Wojska Polskiego odznaczony orderem Virtuti Militari, awansowany pośmiertnie do stopnia pułkownika. A zginął na Wołyniu w walce z…

Readmore..

Strzelanie brylantami

Strzelanie brylantami

Skoro mowa o tworzeniu mitów, warto poświęcić parą słów socjologicznej niezwykłości Legionów Piłsudskiego, która tę mitotwórczą pracę umożliwiła. Styl i poziom życia narzucali tu nie wojskowi lecz studenci, artyści i…

Readmore..

Pielgrzymka na Kresy w  100. rocznicę Odzyskania Niepodległości Polski  i w 100. rocznicę urodzin śp.  Księdza Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka - „Niezłomnego Pasterza Kościoła”

Pielgrzymka na Kresy w 100. rocznicę Odzyskania Niepodległości Polski i w 100. rocznicę urodzin śp. Księdza Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka - „Niezłomnego Pasterza Kościoła”

Rok 2018 ustanowiony został przez Sejm RP Rokiem Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka, Metropolity Przemyskiego, który był Honorowym Obywatelem Przemyśla, a także Honorowym Członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej w Przemyślu. Klub Inteligencji Katolickiej…

Readmore..

Kartka z kalendarza. 28 - 30 lipca 1941r. Mord na inteligencji krzemienieckiej.

Kartka z kalendarza. 28 - 30 lipca 1941r. Mord na inteligencji krzemienieckiej.

2 lipca 1941 r. Krzemieniec został zajęty przez wojska niemieckie. W tym samym miesiącu do miasta przybyła Einsatzgruppe C, która 28 lipca 1941 r. na podstawie listy sporządzonej przez nacjonalistów…

Readmore..

Szczecin:  Obchody  Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez  ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947.

Szczecin: Obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947.

Szczecińskiej, pragną uczcić pamięć o synach i córkach, naszego narodu zamordowanych przez szowinistów spod znaku OUN/UPA.Za to tylko, że przynależeli do naszego narodu.Dzień 11 lipca tego roku, miał być dniem…

Readmore..

RELACJE PARTYZANTÓW KMICICA - ŁUPASZKI – RONINA ARMII KRAJOWEJ NA WILEŃSZCZYŹNIE III.1943 – VII.1944. Część 2

/ Ronin z Czarnym jesień 1943150dpi

DZIAŁANIA  BRYGADY IV „RONINA” W II  ZGRUPOWANIU   „WĘGIELNEGO”
VI-VIII. 1944
Po przydzieleniu  do Zgrupowania „Węgielnego” „Ronin”  starał się działać w pobliżu  V Brygady, utrzymując z nią kontakt patrolami konnymi i zamierzała razem z V Br. przedzierać się w kierunku WARSZAWY, ale  w wyniku szybko następujących wydarzeń nie zdążył.
21.VI.  ŁOKCIANY Atak na pociąg  niemiecki wraz z XXIII Brygadą pod komendą „Węgielnego” Poinformowany mjr „Węgielny” o unieruchomieniu (przez wysadzenie torów przez Sowietów) pociągu na linii   Łyntupy – Postawy pobliżu ŁOKCIAN zorganizował akcję uwieńczoną zwycięstwem. Po polskiej stronie poległ prowadzący do ataku d-ca XXIII Brygady  „Ostroga” (por. Marek Kisielewicz); pośmiertnie awansowany na rotmistrza, pochowany uroczyście w OLSZEWIE.

2.VII.  SZAKIENY(CZERANY?)  Atak IV Brygady   garnizon niemiecki Głębokiego
Grupa partyzantów I, IV i XXXVI Brygady natknęły się na szosie Postawy – Podbrodzie – Niemenczyn  w pobliżu wsi CZERANY na niemiecki garnizon z Głębokiego, wycofujący się przed zbliżającym się frontem. Część Niemców przebiła się, reszta poległa lub została rozproszona. Z polskiej strony został ranny „Korsarz”, prowadzący swą kompanię do ataku.
5 lub 6.VII. SANTOKA  - DRYŻULE Nie rozstrzygnięty bój spotkaniowy IV Brygady w Zgrupowaniu „Węgielnego” z niemiecką kolumną pancerno-motorową
Cofający się do WILNA Niemcy w autach pancernych z artylerią minowali szosę i zostali zaatakowani przez I, IV, XXIII i XXXVI Brygady maszerujące pod   komendą mjra „Węgielnego” na zachód  w kierunku PUNŻAN. Walka nie została rozstrzygnięta, po stronie polskiej byli ranni, polegli m.in. „Kolt” „Dąb”i „Świt”(2).
6-7.VII. Marsz Zgrupowania „Węgielnego” na WILNO
Wezwany rozkazem Komendy Okręgu (otrzymanym 5.VII. ok.16.00) do uderzenia na WILNO mjr „Węgielny” poderwał w trybie alarmowym swoje Zgrupowanie, które  szybkim marszem (ok. 100 km)   dotarło 7.VII pod wieczór do ZIELONYCH  JEZIOR, gdzie „Węgielny” za zgodą komendanta Miasta ppłk. „Ludwika” podporządkował się  sowieckiemu generałowi Gładyszewowi-Biełkinowi i do 10.VII wzmacniając jego mocno przetrzebioną przez Niemców dywizję  przesunął  wraz z nią  na linię frontu pod MEJSZAGOŁĘ. W czasie tego marszu Zgrupowanie prowadziło potyczki z Niemcami, którzy atakowali lotnictwem szturmowym (zestrzelono jeden samolot). IV  bez większych strat walczyła tam do 12.VII, kiedy mjr „Węgielny” został wezwany przez gen. „Wilka” na koncentrację w rejon TABORYSZKI – TURGIELE.
13.VII. KRAWCZUNY - NOWOSIÓŁKI  Bitwa  IV Brygady w Zgrupowania „Węgielnego” z grupą  gen. Stahela
Posuwające się nocnym marszem Zgrupowanie mjra „Węgielnego”  natknęło się nad ranem na opuszczających oblężone przez Sowietów WILNO silne ugrupowanie Niemców (ok. 4.000, w tym wielu SS-manów) pod dowództwem komendanta wojennego WILNA gen. Stahela. Podsuwający na się w straży przedniej d-ca I Br. poległ w walce na granaty w ROWACH SAPIEŻYŃSKICH, a Niemcy zlikwidowali stacjonującą w pobliżu sowiecką baterię plot. posuwając się w kierunki WILII, zza której z miejscowości WAKA przyszedł im na odsiecz pułk spadochr. płk. Tolsdorfa. W niezwykle zaciętej kilkugodzinnej bitwie (największej stoczonej przez AK na WILEŃSZCZYŹNIE) zgrupowanie mjra „Węgielnego” zadało Niemcom ciężkie  straty (zabici, jeńcy) w rejonie wsi KRAWCZUNY - NOWOSIÓŁKI. IV Brygada zapędziła się za Niemcami na otwartą przestrzeń w kierunku WILII, skąd wyszło  silne kontrnatarcie niemieckiego pułku spadochr. Nie dając się okrążyć IV Br. wycofała się w głąb lasu, tworząc w starych okopach linię oporu. Po kilkugodzinnej walce Niemcy dobijając rannych partyzantów (jeden z nich przeżył kilkakrotnie trafiony) wycofali się za WILIĘ. IV Brygada straciła kilkunastu zabitych i wielu rannych (Straty niemieckie szacuje się na kilkuset zabitych i wziętych do niewoli, przekazanych  Sowietom). Zdobyto wiele broni maszynowej i automatycznej.
14.VII. JEROZOLIMKA  Pogrzeb poległych pod Krawczunami
Pochowani zostali w lasku nad WILIĄ u podnóża KALWARII WILEŃSKIEJ (cmentarzyk po wojnie wielokrotnie profanowany); mogiła „Juranda” i dwóch innych znajdowała się do niedawna w WILNIE nad brzegiem WILII po stronie kalwaryjskiej. Rannych odesłano do szpitalików partyzanckich w NOWEJ WILEJCE i majątku KALIN. Następnie IV Brygada udała się w kierunku TURGIEL.
14 lub 15.VIII. TURGIELE-TABORYSZKI  Koncentracja, defilada
Wizytując Zgrupowanie „Węgielnego” gen. „Wilk”, przyjął defiladę polową, nadając awanse i odznaczenia  („Ronin” kapitan, Virtuti Militari). Po pozornym porozumieniu z Sowietami Zgrupowanie mjra „Węgielnego” miało odtwarzać 86 PP (brygady > bataliony), a z Wileńskiej AK miały powstać dwie dywizje (d-cy „Poleszuk” i „Ludwik”), a gen. „Wilk” dow. korpusu AK , który podlegając Rządowi RP w LONDYNIE miał walczyć na froncie wschodnim z Niemcami. Zapanowała kilkudniowa euforia.
17.VII.  BOGUSZE Rozbrojenie i uwięzienie dowództwa i oficerów Wileńskiej AK (m.in. „Ronina”).                                
18-19.VII. Nocny marsz IV   Brygady  w kierunku PUSZCZY RUDNICKIEJ. Rozbrojenie, ucieczka          kawalerii „Ola”
20.VII.   MIEDNIKI KRÓLEWSKIE  Internowanie  żołnierzy Wileńskiej AK, nieudane próby  werbunku do Armii Berlinga, ucieczki, egzekucje schwytanych
VIII. Wywózka do obozów pracy w okolicach KAŁUGI,  powroty do PR od 1946       
Część partyzantów IV i V Brygady podjęła walkę z Sowietami w SAMOOBRONIE WILEŃSKIEJ, m.in. „Korsarz” działał do wiosny, kiedy  po amnestii w 1945 ujawnił się i umożliwił niektórym kolegom przyjazd do PRL. „Zagończyk” uciekł z KAŁUGI  i w 1946 wstąpił do odtworzonej po raz drugi na WYBRZEŻU  Brygady „Łupaszki”. Jako d-ca grupy specjalnej zwalczał agenturę komunistyczną; ranny aresztowany, został rozstrzelany wraz z „Inką”w GDAŃSKU 28.VIII.1946.                                 
 
WSPOMNIENIA PARTYZANTÓW  ODDZIAŁU  „KMICICA”   
AKACJA - Kursewicz  Jan  (z udziałem Ireny Soroko) Mieszkałem w Brylach.  W 1937 powołali mnie do wojska do 10. pułku ułanów w Augustowie. Tam zostałem skierowany do szkoły podoficerskiej, byłem zastępcą d-cy plutonu. We wrześniu 1939 walczyliśmy pod Grajewem. Potem byłem w niewoli ruskiej. Raz wszystko oni spisali i nas zwolnili, a tych  co byli po niemieckiej stronie[okupowanej Polski]  zostawili. Wróciłem do domu w grudniu 1939.    Rok 1940 już zawiązała się organizacja. Pan Stanisław Kozioł z Kulików zaprzysiągł mnie i mojego brata Dominika.  1941 Niemcy przychodzą. Jak kacapy uciekali, to broni było pod dostatkiem, trzeba było tylko zbierać. Do worka amunicję tak zbieraliśmy. Nikt nikogo się o nic nie pytał. W 1942 roku zapoznałem się z „Kmicicem” właśnie przez „Klotyldę”(Tadeusza Jachimiaka). Zacząłem już dostawać od „Kmicica” rozkazy, co mam robić dalej. Zbieraliśmy broń, i szykowaliśmy się.       1943 jakiś początek marca, przyjeżdża do mnie „Klotylda” i mówi: “Idź do Kupy, tam będzie dwóch chłopców. I tych dwóch chłopców przyprowadź do siebie. Ci chłopcy obaj byli z Wilna: „Olek” i „Alfons”. Potem dostałem rozkaz powiadomić „Graba”(Możejko). 25 marca przyjeżdża do mnie „Klotylda” i mówi: “Przygo¬tujcie się, dzisiaj wieczorem wychodzicie. „Kmicic” do ciebie przyjeżdża”. Przyjechał do mnie „Kmicic”, zabrałem „Kmicica” i „Graba” i poszliśmy do państwa Borowskich, kolację tam zrobili. Jeszcze pan Borowski swój płaszcz z wojny dał dla „Graba”. Byli  tam „Kmicic”, „Grab”, „Alfons”, „Olek” i ja. Przyszli do mnie do domu, wydostaliśmy broń, amunicję, granaty, a „Kmicic” miał  „parabellum” przy sobie. „Kmicic” jeszcze raz w moim domu zaprzysiągł nas. Ja zameldowałem, postawiłem na baczność. Zameldowałem, że oddział gotowy do wymarszu. „Kmicic” każdemu podał rękę. Ja się pożegnałem z rodzicami i poszliśmy w pole do wsi Cielaki. W tej wiosce wzięliśmy konia i sanie. Powiedzieliśmy temu człowiekowi: „Czy znasz 20 km wkoło drogę? Proszę nas zawieźć przez Narocz na drugą stronę. Zawiózł nas, a niedaleko brzegu Narocza, kazał jemu „Kmicic” wrócić z powrotem. A my poszliśmy do Niesłuczy. Tam był letniskowy dom,  w tym domu byli znajomi pana „Kmicica”. On jak nad jeziorem był, to on wszędzie tych ludzi znał. Tam wypiliśmy herbatkę, odpoczęli, posiedzieli i ruszyli dalej w kierunku Świra. Piechotą idziemy, przyszliśmy do jakiegoś folwarku, chcemy przenocować. Ale mówimy jeszcze po rusku, bo „Kmicic” nie chciał się jeszcze ujawniać, że już powstała polska partyzantka. Tam przenocowaliśmy i kierujemy się do Leonowicz. Gospodarz, potężny mężczyzna, znał się z „Kmicicem” dobrze. Mówi: “Chłopi, nie bójcie się, broń pochowamy, ja Litwinów się nie boję. Jak przyjdą, to ja sam ich załatwię”. Tam poznałem pierwszy raz „Maksa”. Bo „Kmicic” kogoś tam wyprawił, żeby „Maks” się do niego stawił ze swoimi chłopcami. „Maks” przyjechał, coś porozmawiali. „Kmicic” dał mu jakieś wytyczne. Myśmy tam byli jeszcze cały dzień i noc. Wzięliśmy furmankę w zaścianku Kopanicha. Pojechaliśmy do Mackiewiczów. „Kmicic” bardzo dobrze z nimi się znał. Tam był Heniek Mackiewicz-„Dzięcioł”. Zawiózł nas do państwa Brancewiczów (duży folwark w pobliżu) i siedzieliśmy tam przeszło tydzień. Stamtąd „Alfons” i „Olek” pojechali do Wilna po rozkazy, a tu do nas „Olszyna”, miał 10-strzałówkę ruską, a on był na czele takiej grupki. I tam dołączył do nas „Waligóra” (on potem gdzieś wyprawiony zginął zastrzelony przez Litwina pod koniec 1943). Nas tam już grupka była koło piętnastu. W nocy idziemy do Geladni. Rozbijamy stację. To było koło 10-15 kwietnia. Tam pracował „Ostróg” (Wiśniewski) i myśmy go stamtąd zabrali, bo „Kmicic” go chciał mieć przy sobie. Rozbiliśmy całkowicie tę stację, te wajchy, co się  nimi steruje, zegary, drzwi, okna. Pociąg iść nie mógł. Ten Wiśniewski    nam powiedział, jak to wszystko zepsuć. Zabraliśmy bardzo dużo koców, jakieś papiery i dokumenty. Przyszliśmy do zaścianka Józefowo (między Geladnią a Święcianami). Stamtąd „Kmicic” wyprawił Wiśniewskiego gdzieś i jeszcze paru chłopców. Nas zostało tylko „Olszyna”, „Waligóra”, ja i „Kmicic”. Tam przyszła jakaś dziewczynka i myśmy ją zatrzymali, bo nie chcieliśmy, żeby ona  nie powiedziała, że tu jest jakieś wojsko. I przyszedł jej ojciec tam. Zatrzymaliśmy ojca, za chwilę przychodzi matka. I „Kmicic” mówi: „Trzeba puścić tych ludzi, niech idą” I w tym momencie ktoś Litwinom dał znać. Patrzymy tak na wieczór, już spakowaliśmy się: koce, broń, będziemy wychodzić, a dziewczynka patrzy :”Panowie – mówi – Niemcy idą z lasu”.  A  las był jakieś 200 metrów od tej chałupy. „Kmicic” mówi: „Chłopaki chwytajcie co można i w nogi!” I tak było. Wyskoczyliśmy, mieliśmy dziegciar  ruski. Tam niedaleko było bagno, może 50 metrów. Tam zgubiliśmy dysk od erkaemu. A oni po nas, sypali jak mogli. Tam na bagnie były krzaki i z nas ranny nikt nie był. Biegiem uciekaliśmy, bo Litwini lecieli na nas. Zrobił się mrok, ciemno. „Kmicic”  bosy, buty pospadały mu. Zaszliśmy do jakieś wioski, wzięliśmy od chłopa buty-drewniaki, on te drewniaki ubrał. I myśmy przyszli aż  pod Kobylnik. Blisko Kobylnika malutki lasek był. W tym lasu przesiedzieliśmy cały dzień o głodzie. To było koło Krasek i Buraków. Obmyliśmy się, odpoczęli i idziemy do Ludwinowa do państwa Soroków. „Kmicic” mówi tak: „Akacja”, mieszkasz blisko, będziesz się rozglądał, co się na świecie robi; ty „Grab” pójdziesz do domu, też to samo”(mieszkał koło Humienników). Ale w Ludwinowie został: „Kmicic”, „Waligóra”, „Chmura”, „Olszyna”, a „Ostróg” potem przyszedł. Ci ludzie siedzieli w Ludwinowie około miesiąca czasu, „Kmicic” chciał zebrać jakiś większy oddział. I wtedy ja przyprowadziłem do Ludwinowa „Podbipiętę”. Dodaje Irena Soroko] 30. IV przyszedł „Łomot” i „Bachus”( Zbyszek Rudzki, brat aktora Kazimierza); zginął 26.VII jak zabierali kasę Niemcom  koło Mikolców. „Gryf” był  ranny w rękę, a „Bachus” w nogę i Niemiec go dobił.

MAKS – Rymsza Antoni10. VII w Niestaniszkach był odpust. Stacjonowaliśmy w Niedroszli, było nas ok. 15 osób. O zmroku mieliśmy się udać do Żukojni. Kiedy podjechaliśmy do drogi między Michaliszkami a Konstantynowem,  posłyszeliśmy huk motoru samochodowego. Ja od razu powiedziałem „wszyscy z koni, konie przywiązać” i my do drogi. Podchodzimy, od strony Michaliszek jechał samochód z zapalonymi światłami. Był to lekki zakręt, blisko koło wsi Stracza. Strzelaliśmy po tych światłach, oponach, jednak samochód nie zatrzymał się i poszedł. I już mieśmy odjeżdżać, posłyszeliśmy, że znowu jedzie samochód. Znowu rozpoczęliśmy strzelaninę, a ten samochód zwalił słupy ochronne drewniane i zwalił się na bagienną łąkę. My biegiem do tego samochodu, ale on zdążył już odjechać. Z tyłu znowu usłyszeliśmy, że jadą samochody. Po krótkim ostrzelaniu zauważyliśmy, że jedzie cała kolumna. Wtedy część wsiadła na konie, a ja z „Gryfem” wróciliśmy, kolumna stała, gońcy w ciężkich niemieckich butach biegali od przodu do tyłu. Kolumna stała, przyćmione takie światełka, które oświetlały tylko drogę przed samym samochodem. Po chwili namysłu wziąłem granat, odkręciłem zakrętkę i pociągnąłem za te zawleczkę i podrzuciłem  pod nogi tym stojącym przed samochodem. Kiedy wybuchł granat, już ja tam nie oglądałem się i szybko wróciłem do „Gryfa”, który od razu otworzył ogień z karabinu do tej grupy. Ja dołączyłem do niego i miałem wtedy sowiecki 10-strzałowy karabin. Niemcy szybko się zorientowali, że ogień pochodzi z jednego miejsca, to wtedy skierowali ogień ze wszystkich tych samochodów. I pobiegliśmy do tego miejsca, gdzie stały konie. Większość koni zerwało wodze i pouciekało, a my biegliśmy aż do najbliższego lasu Ziaziulka, gdzie była już część naszych ludzi  i pojechaliśmy do Żukojni, gdzie zanocowaliśmy u naszego łącznika Wiewiórki, na kolonii w lasku. Rano jego syn Witek wsiadł na rower i pojechał na to miejsce  naszej walki. Znalazł tam kilka chusteczek nosówek splamionych, część bandaży. Na łączce tej w błocie był samochód niemiecki tak zwany majbach, który na przedzie miał koła a z tyłu gąsienice. I przy tym samochodzie było kilku żołnierzy niemieckich. On szybko od razu wrócił, bał się, żeby go tam nie zaczepili czegoś. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się od członków organizacji w Świrze, że kolumna niemiecka jechała i zboczyła z tej drogi głównej do Świra na postój. Tam zamówili 7 trumien i w tych trumnach gdzieś powieźli tych Niemów, ale nie grzebali ich w Świrze. Kolumna  zatrzymała się tam chyba na dwie doby, bo tam było kilka uszkodzonych samochodów. Wyciągnęli jednak ten samochód stamtąd, który był obok szosy, dołączyli do kolumny i pojechali na  Konstantynów,  a my dalej podążyliśmy w kierunku Kiemieliszek.
      Akcję na Żodziszki organizował „Kmicic” osobiście. Było tam ok. 80 policjantów białoruskich i kilkunastu żandarmów niemieckich. Mieliśmy tam kilku naszych ludzi: „Pal”, „Graca”, „Tarzan”, „Żbik”. Przygotowane było, że kiedy my tam przyjdziemy, na warcie będą stali  nasi ludzie. W nocy podpiłowaliśmy słupy telefoniczne od strony Smorgoń i przy drodze Żodziszki – Soły, a o świcie znaleźliśmy się na moście na Wilii. Były tam dwie bramy z drutu kolczastego, ale nie były zamknięte. Jak wartownik  zauważył nas na moście, to rzucił karabin i uciekł w krzaki. Garnizon  był w majątku otoczonym wysokim murem, a w bramie stał nasz wartownik. Nasi byli ubrani w czarne policyjne mundury, które mieli z  Duniłowicz i Miadzioła. Weszli na wewnętrzną portiernię i zaczęła się strzelanina. Nasi wbiegli na piętro, gdzie spała policja białoruska i z naszej strony krzyknęli „Poddawać się, to my partyzantka”, a oni już wiedzieli. Komendantem ich był Białorusin Karkosz. Ten o niczym nie wiedział i był taki oddany z kościami Niemcom. I ten był niebezpieczny, złapał za karabin maszynowy, już bez zamka, ale on o tym nie wiedział. I wtedy „Pal” go kropnął, tam na miejscu, a reszta policji wychodziła na hol z poniesionymi rękami, a pierwsi zapoczątkowali nasi „Tarzan” i „Graca”. Zabraliśmy broń, i kazaliśmy się ubierać. Niebezpieczeństwo było z drugiej strony budynku, gdzie byli sami Niemcy.  „Alfons” (Hirsch), to był Polak z Gdańska, który zdezerterował z Wermachtu i dołączył do nas. Był w niemieckim mundurze, zapukał w okno i zaczął ich sztorcować  od razu. I Niemiec mu otworzył, a za nim wszedł „Długi” w mundurze kolejarza. Niemiec się zorientował i złapał za pistolet, i zaczęła się strzelanina. A broń była w tym pokoju na wartowni, a w sąsiednim pokoju  spali Niemcy. Oni nie mieli dostępu do broni i łatwo ich nasi rozbroili, kilku zastrzelili. A było tam dużo magazynów, ładowaliśmy wszystko na furmanki. Po zakończonej akcji „Kmicic” dał polecenie, żeby podpalić most. 15 km były  Smorgonie, gdzie był silny garnizon. I wtedy ja dostałem beczkę ropy, nalałem na ten most i podpaliłem. Wycofaliśmy się w kierunku lasu Bonda. Policjantom białoruskim powiedzieliśmy tak: „Kto chce, proszę do nas do partyzantki, kto nie chce - maszerować do domu”. Większość  ich zgłosiła się do nas. Sama akcja nie trwała dłużej niż jakie pół godziny. Dłużej opróżnialiśmy magazyny. Zabraliśmy co się dało: jedzenie, umundurowanie, ale największą korzyścią była około setki karabinów i amunicja do tego. W Bondzie policzyliśmy się, poukładali i wyjechaliśmy na Bazę, na którą  dotarliśmy późno chyba w nocy.
     Po Święcie Żołnierza “Kmicic”  powiedział, żeby zbudować sobie lepsze szałasy. Na Bazie  „B”  chcieliśmy z kloców  zbudować, żeby można zimować. “Kmicic” sam miał kwaterę w leśniczówce Mniszyn Krzyż. Mnie zabrakło owsa, a na jutro mieliśmy zaproszenie. Dnia poprzedniego przyjechali, zaprosili, myśmy się często z nimi spotykali. Więc ja pojechałem, zmobilizowałem furmanki. W Kobylniku z młyna zabraliśmy zboża i owsa    i później leśnymi dróżkami jechałem do Bazy, żeby zdążyć na wieczór, a jutro z “Kmicicem” pojechać razem w składzie jego sztabu na pertraktacje z Ruskimi w celu zlikwidowania garnizonu w Miadziole. W Kusiewszczyźnie goni za mną ktoś i woła: Proszę się zatrzymać!   Okazuje się, że to był kapral służby czynnej w 1937 razem z jednej baterii w Nowowilejce – Józef Czebotar. Sam on należał do organizacji. No i zaprosił nas na obiad. Mieliśmy tam poczęstunek, obiad do kolacji, a kolacja aż do rana. Rano szybko się zebrałem, wszyscy w alarmowym tempie i z tymi furmankami, z którymi nie można było specjalnie się pospieszyć, gdyż były obładowane. Przyjechaliśmy do miejscowości Mikolce, skąd skręciliśmy na prawo do Hatowicz, tam gdzie była nasza baza w lesie. To był tam taki mostek, który łączył dwa jeziora. Nad tym strumykiem stała jeszcze nasza placówka, gdzie był jeden karabin maszynowy jako ubezpieczenie i myśmy jechali wprost na bazę.
      Kiedy podjechałem bliżej, zauważyłem, że luzem chodzą konie dowódców partyzantki sowieckiej – Szaszkowa i Sudarikowa. Oni bardzo często u nas bywali. Kiedy wjechałem na teren bazy, szybko zostałem otoczony przez sowieckich partyzantów i ściągnięty z konia. Rozbroili, pas mnie zdjęli, zegarek zdjęli, ostrogi zdjęli i ręce związali i wrzucili do szałasu jednego. W tym szałasie był “Kitek” ale nie związany, i siostra zakonna Ptaszyńska – sanitariuszka. I to zrobili  ze wszystkimi ludźmi,  z którymi wjechałem na bazę. Baza już była rozbrojona i później zobaczyłem Żydka znajomego ze Świra – Berka Reźnika. (Tam ktoś napuścił Niemców na niego i Niemiec chciał mu bagnetem przebić gardło. Więc się wstawiłem za niego, i jego puścili). On przyszedł do mnie i powiedział: Panie, proszę pana, póki ja tu jestem, panu nic się nie stanie. Po chwili przyszli ruscy partyzanci i mnie rozwiązali. I po jakimś czasie  zjawił się “Ostrowski”, wyszedł na trochę wyższe miejsce i powiedział: Uwaga chłopcy, będzie przemawiał pułkownik Markow. Markow się zjawił i powiedział nam: Dostałem rozkaz z Moskwy, żeby oddział polski obezbroić. Wykonując ten rozkaz  obezbroiłem was. A ponieważ obeszło się bez większych incydentów, znaczy to, że wyście zrozumieli, że wasze dowództwo partyzantki polskiej prowadziło niewłaściwą politykę do Związku Sowieckiego. Więc nie ma tu się czego obawiać. Dostaniecie broń i nowe dowództwo. Od dziś oddział polski będzie się nazywał imieniem „Bartosza Głowackiego”. “Burza” zakończyła swoją działalność i od nowa będziemy działali współpracując z partyzantką sowiecką. Dowódcą waszym będzie teraz kapitan  „Zapora”.  Poznałem w nim zawodowego plutonowego wydalonego w 1937 roku z pułku artylerii lekkiej w Nowej Wilejce. Nazywał się Wincenty Mroczkowski. „Zapora” objął dowództwo i powiedział, że ma uzgodnione z dowództwem sowieckim, że dostaniemy broń. Razem z „Zaporą” nam dali polityczno-wychowawczego, który się nazywał Marecki wraz z żoną Lusią.
     Jak po kilku dniach pojechaliśmy po broń , ja usiadłem przy takim stole, gdzie była blisko ziemianka taka. To był taki szałas z gałęzi świerku i oblepiony ziemią. Było tam takie okienko i przez to okienko zauważyłem “Kmicica”. “Kmicic” dawał jakieś znaki, ale nic ja zrozumieć nie mogłem. Usiadłem, żeby się czymkolwiek nie narazić Ruskim. A „Zapora” poszedł do jakiejś ziemianki dowództwa. W międzyczasie  koło mnie [kobieta] zamiatała ten teren, a to był ogromny taki stos różnych kości bydlęcych, świńskich, bo gdzieś była bardzo blisko kuchnia. Więc ta kobieta z płaczem mówi “Wy Polak” – „Tak, ja Polak”. Ona mówi: Wsiech waszych Polakow, kotoryje  prijechali suda na sowiszczanije, rastrelali. A kamandir arestowan i nachaditsja w etoj zemlance. No i mówi, że jej męża rozstrzelali. Ja pytam za co rozstrzelali: Za swjaź z miestnym nasielenijem. On był naczalnikom  razwietki. Jej teraz nie wolno opuszczać tego obozu, tylko jej kazali zatrudnić się przy kuchni. Na odległość około 10 metrów było kilka ziemianek. Otwiera się jedna, wychodzi i grupa ludzi, wszyscy pijani. Wychodzi Dziergaczow  z krzykiem Ja wam wsiem pakażu, ja was wsiech nauczu, ja predstawitel Krasnoj Armii. Wszyscy go obczepiali Tisze, tisze jego uspakajali. I chcieli go zaprowadzić z powrotem  do  „razwietki”, do ziemianki, gdzie był Markow. Wynikało z tego, że kłótnia wyniknęła między Markowem a Dziergaczowem. I wtedy od nich się odłączył  ten „Zapora”, przyszedł do mnie i mówi, że dzisiaj tu nie ma z kim rozmawiać. Wracamy do swojej bazy.  I  ten Marecki zaczął organizować patrole w teren, żeby ściągnąć te nasze patrole, które były poza obrębem Bazy. I mnie wtedy ten Marecki  zaproponował, żebym ja poszedł ich zbierać, ponieważ chyba  zaręczył mu o tym „Zapora”.
       I wtedy rozeszła się pogłoska, że w miejscowości Dokszyce stacjonował silny garnizon, kilka tysięcy własowców, umundurowani w niemieckie ubrania. Stworzony ten oddział  był z jeńców wojennych sowieckich. Dowodził nimi i tam stacjonował generał Gil-Radionow, zastępca Własowa. I ta pogłoska dotarła do nas, że Niemcy chcą skierować ten oddział do pacyfikacji  tych lasów w rejonie jeziora Narocz. Więc Ruscy postanowili wycofać się na wschód. I powiedzieli, że polski oddział ma maszerować z tyłu za nimi. A my wtedy  skrępowali „Zaporę”, ale nie udało się przyłapać tego Mareckiego. Gdzieś on był przy ruskiej partyzantce. Zebraliśmy się i poszliśmy na zachód w kierunku Wilna. I tak przyszedł ten nasz oddział na teren Niedroszli. I tam spotkaliśmy “Łupaszkę”.

 ZAWISZA – Szewieliński  Wacław
 O świcie 6.VI.43 r. po zmianie warty z bronią w ręku wyszliśmy z Miadzioła do „Kmicica”. Wspólne wyjście było zaproponowane przez kierownictwo konspiracji. Nastąpiło to w momencie, gdy z bronią były dwie grupy policjantów, a st.sierżant żandarmerii niemieckiej zakoń¬czył inspekcję. Przechodząc przez Stary Miadzioł zawiadomiliśmy pp. Wasiłojciów, a oni pozostałych członków grupy konspiracyjnej, którzy także poszli do „Kmicica”. Jeszcze tego samego dnia w majątku Ludwinowo składałem raport Janowi Kursewiczowi „Akacji”. Przyjęliśmy następujące pseudonimy: „Zawisza”, „Ostrowski” „Chrobry”, „Konus”, „Rekin”, „Stary”. „Zawisza II”, “Wołodyjowski”, „Mściwój”,  „Boruta”. Przyszli również Kołosowski Edward  i Łapa Zygmunt, a w nocy z 8 na 9.VI. 43 r. „Arkadek”, „Burczymucha”, „Irenek”, „Koliber”, „Hermes”, „Czarny”, “Ben Hur”, “Ułan” i inni. Dołączyli do nas nauczyciele : Wasiłojć „Tata” i „Mama” z córkę Janiną „Jachną”, Zygmunt Niciński „Twardowski” z córką Ireną „Danutą”, p. Denkowski z żoną,  a oprócz nich Bałachwiej, Butkiewicz Jan, Snochowski Marian, Słabkowicz Jan oraz żona oficera Maria Grzegorczyk z córką „Poziomką”. Wcześniej przybyli: Władysław Zakrzewski „Murat” i Jerzy Ziembiński „Prus”. Wszystkich członków oddziału „Burza” przeorganizowano w drużyny szkolne. Ja zostałem włączony do III drużyny u „Olszyny” w Szkole Młodszych Dowódców, którą dowodził „Ostrowski” — kolega z Miadzioła. Później zostaliśmy odkomenderowani do kompleksu leśnego Bonda koło Wiszniewa na biwak i dalsze szkolenie. Prowadził je nadal „Ostrowski” przy pomocy drużynowych.  Na początku lipca 1943 r. przybyliśmy do “Bazy „A” – wojsko¬wej, ale była również gospodarcza Baza „B”. „Kmicic” w porozumieniu z dowódcą partyzantki sowieckiej Fiodorem Markowem utworzył bazę stałego postoju w trudno dostępnym miejscu koło Zanarocza w odległości około 2 km od bazy partyzantów sowieckich. Była położona na wschód od wypływu rzeki Naroczanki z jeziora Narocz oraz około 5 km od wsi Hatowicze, na wzgórzu otoczonym bagnami. Wojskową Bazę „A” łączyła grobla o długości 1 km z gospodarczą Bazą „B”. Posterunki ubezpieczające obóz stały przy brodzie nad jeziorem Narocz, przy wypływie rzeki Naroczanki oraz naprzeciwko wsi Zanarocze.

/ Zygmunt Niciński

     W pierwszej połowie lipca wraz z całym oddziałem brałem udział w zasadzce przygotowanej Niemcom opuszczającym miasteczko Kobylnik. Całkowicie rozbito oddział żołnierzy niemieckich. Zdobyto przy tym dużo broni i sprzętu. Zabrano Niemcom wszystko, nawet bydło, które pędzili, dopro¬wadzając je do Bazy „B”. Tą akcją dowodził osobiście „Kmicic”. Pozostałych przy życiu Niemców rozbrojono i pusz-czono żywych. Była to pierwsza zaprawa i początek zbrojnej akcji przeciwko okupantowi niemieckiemu. Byliśmy szczęśliwi, a w żyłach mocno pulsowała krew po dobrze wypełnionym obo¬wiązku względem Ojczyzny.
     W nocy około 6.VII.43 r. zostałem wyznaczony na d-cę patrolu osłonowego, w skład którego wchodzili chłopcy z Miadzioła – dobrze znający ten teren: Zygmunt Wiśniewski „Stary”, Edward Kołosowski, Zygmunt Łapo i Kazimierz Słabkowicz. Mieliśmy ubezpieczać grupy „Czarnego” i „Kruka”, którym wyznaczono wykonanie wyroku na burmistrzu Miadzioła – Kosiaku. Grupa „Czarnego”  odjechała furmanką. Podzieliłem mój patrol na dwie łodzie: Zygmunt Wiśniewski „Stary”, Edward Kołosowski i Zygmunt Łapo  do pierwszej, a do drugiej wsiadł ze mnę Kazimierz Słabkowicz. Po przepłynięciu jeziora Batoryno dotarliśmy rano na wzgórek, z którego był dobry widok na miasto Miadzioł. Grupa „Czarnego” po wykonaniu wyroku  miała wracać drogą pomiędzy jeziorami Miastro i Batoryno, ale furmanka powinna jechać galopem szczególnie przez most, co miało być dla nas sygnałem do powrotu. Mimo długiej obserwacji nie zauważyliśmy takiej furmanki i sądziliśmy, że „Czarny” nie wykonał jeszcze zadania. Nasze oczekiwanie trwało długo. Widocznie  ktoś zgłosił Niemcom o naszym pobycie na wzgórku, ponieważ około godziny 830  zauważyliśmy hełmy niemieckich żołnierzy w pobliskim dorodnym życie. Wydałem rozkaz cofania się z obstrzałem. Niemcy nas tak okrążyli, że pozostała nam jedynie droga do naszych łodzi na brzegu jeziora. Kiedy trójka z pierwszej łodzi zdążyła odpłynąć Niemcy otworzyli w ich stronę silny ogień maszynowy. Nie mogliśmy dojść do drugiej łodzi (tylko ja ze Słabkowiczem Kazimierzem) ponieważ obstrzał z karabinów maszynowych był bardzo silny, ale na szczęście niecelny. Zdecydowałem, że wejdziemy do wody i schowamy się w sitowiu i  trzcinie. Strzelano do nas nadal, ale kule świstały ponad głowami — tak mocno zanurzyliśmy się w wodzie. Kiedy wyszliśmy z trzcin na drugim brzegu Niemcy jeszcze ciągle ostrzeliwali płynącą łódkę. Nas jednak nadał nie zauważyli.
           Po wycofaniu się Niemców udaliśmy się w drogę powrotną do Bazy brzegiem jeziora Batoryno. Po drodze spotkaliśmy oddział partyzantów sowieckich, który prawdopodobnie był szpicą d-cy Markowa. Rozbrojono nas i rozebrano. Kiedy nas przesłuchiwano nadjechał oddział konny z Markowem, który po rozmowie z nami rozkazał zwrócić nam odzież i broń. Wypytywał o przyczynę strzelaniny koło Miadzioła, ale wreszcie zwolnił i dał przepustkę. Mogliśmy udać się w kierunku Bazy „B”. Wróciliśmy dopiero pod wieczór i wtedy dowiedzieliśmy się, że łódka z 3 zabitymi kolegami przypłynęła sama pchana wiatrem po tafli jeziora Batoryno. Zostałem zatrzymany i rozbrojony do czasu wyjaśnienia całej sprawy. Po skonfrontowaniu relacji „Czarnego” i mojej w obecności „Murata” stwierdzono, że przy¬czyną tragedii było nie wykonanie wcześniej uzgodnionego sygnału, tj. przejazdu furmanki galopem przez most, a nasz pobyt w punkcie obserwacji był za długi i dlatego zostaliśmy wytropieni przez obserwatorów niemieckich. Zostałem uniewinniony. Zwrócono mi broń i pas. Powróciłem do Kompanii Szkolnej Młodszych Dowódców  3 plutonu „Olszyny”.
      W nocy z 14 na 15.VIII.43 r. brałem udział w likwidacji garnizonu niemieckiego w Żodziszkach. Byłem wyznaczony do rozbrojenia Niemców na piętrze tego ogromnego gmachu po klasztorze i dlatego stałem w czołówce. Kiedy wezwano Niemca do poddania, a on chwycił za broń, „Alfons” bez namysłu strzelił i dał jednocześnie sygnał rozpoczęcia akcji. „Alfons” z Gdańska i „Kukuś” ze Śląska byli ubrani w mundury niemieckie i rozmawiali po niemiecku z Niemcami na moście, z wartą i w gmachu koszar żandarmerii w Żodziszkach. Gmach ten był okolony murem i wybudowanymi specjalnie strzelnicami, a wjazd ubezpieczały obustronnie bunkry. Po strzale „Alfonsa” skokami wdarliśmy się na piętro, ale Niemcy zabarykadowali drzwi i nie wpuszczali nas do środka. Dotarłem na koniec korytarza i strzałami rozbiłem zamek. Kiedy drzwi się uchyliły wrzuciłem do środka granat, ale Niemcy równocześnie rzucili granat na korytarz. Pamiętam, jak kręcił się w kółko, a po chwili nastąpił wybuch, który nas ogłuszył. Jednego z kolegów odłamki trafiły w stopę, a ja nie pamiętam, czy w tym momencie, czy też później zostałem zraniony w prawą nogę nad kolanem. Mimo duszącego dymu sprawdziliśmy wszystkie pokoje na piętrze, aby uznać, że zadanie zostało wykonane i możemy zejść na parter. Zabraliśmy broń, sprzęt i żywność, a ponieważ spodziewano się przybycia pomocy z innych garnizonów niemieckich, natychmiast zarządzono wymarsz poza teren akcji. Dopiero później dowiedziałem się od kolegów, że w jednym ze sprawdzanych przeze mnie pokoi schował się za drzwiami uzbrojony w pistolet Niemiec. Kiedy  odszedłem,  wyskoczył oknem, ale prosto w ręce naszej obstawy, która go rozbroiła , a mnie oddała pistolet i kaburę. Przekroczony przez nas w odwrocie most został podpalony, ale miejscowa ludność ugasiła ogień, by nie zostać na zawsze odcięta od świata. Po przebyciu dłuższej trasy zauważyłem, że z mojego prawego buta wypływa ponad cholewkę krew. Rama okazała się niegroźna, ale ją opatrzono szybko, a dopiero na Bazie siostra „Jachna” wykonała właściwy opatrunek.
      W piękny, sierpniowy dzień (26.VIII.43 r.) rano widziałem, jak cały sztab wraz z „Kmicicem” odjechał do bazy partyzantów sowieckich na umówione spotkanie.(Nasze Bazy „A”  i „B”  sąsiadowały z sowiecką, gdyż  tak uzgodniono wcześniej i to bez zastrzeżeń). Po ćwiczeniach w Kompanii Szkolnej Młodszych Dowódców, około godziny 14 zajmo¬waliśmy się wszyscy czyszczeniem broni i opalaliśmy się rozebrani z mundurów. Nagle usłyszałem rozkaz “Ostrowskiego”: “Chłopcy, z bronią do mnie !“ Odwróciłem się i wtedy zobaczyłem pepesze  sowieckich partyzantów skierowane  na “Ostrowskiego”. Padł kolejny rozkaz: „Rzuć broń!” W tym momencie okrążyli nas partyzanci sowieccy w liczbie znacznie naszą przewyższającej, a ponadto z bronią gotową do strzału. Rozległy się strzały, a naboje gwizdały nad naszymi głowami. Kazano nam się położyć, zrewidowano nas, ograbiono, rozbrojono i rozebrano. Po chwili spędzono nas wszystkich na plac ćwiczeń, a niektórych  wleczono lub ciągnięto. Wokół placu ustawiono partyzantów z karabinami maszynowymi. Nastąpiła selekcja, tam wybierano pojedynczo znajomych lub tych, których nazwiska mieli wypisane na kartkach i odprowadzono do innego zgrupowania. Po kilku godzinach przybył ich dowódca Fiodor Markow i powiedział, że rozbroił nas na polecenie Moskwy, ale ponieważ nie stawialiśmy oporu to gwarantuje swoim słowem oficerskim bezpieczeństwo nasze i naszego dowództwa. Zaprowadzono wszystkich na Bazę „B”. Tam przesłuchiwano każdego i dokonywano ponownej selekcji, dzieląc nas na grupki.
         Przesłuchania przeprowadzało NKWD, ale zapamiętałem szczególnie jednego „Dziadzię Wanię”. Był to litewski komunista  przysłany, zrzucony z Moskwy jako przedstawiciel NKWD. Po zakończeniu prze¬słuchania odesłano mnie do “Bazy A”, gdzie spotkałem kuzyna Wacława Beynara –„Orszaka”, przybyłego z  oddziałem „Zapory” spod Brasławia.  Pojawił się również Markow i przedstawił nam nowego d-cę Oddziału im. Bartosza Głowackiego kpt. „Zaporę” oraz jego z-cę d/s politycz¬nych żyda Mareckiego z żoną “Lusią”. Okazało się, że “Zapora” był przed IX 1939 r. podoficerem w 19 PAL-u w Nowej Wilejce i często przebywał w Pohulance. Poznał mnie, a po chwili ja przypomniałem go sobie. Polecił mi szybko wpisać na kartkę pseudonimy ludzi pewnych, którzy zostaną wcieleni do jego oddziału tj. Oddziału podległego Armii Czerwonej. Wymieniłem kilkanaście znajomych pseudonimów, a „Zapora” je odczytał. W sumie około 50 – 60 żołnierzy znalazło się w jego Oddziale. Pozostałych zabrali partyzanci sowieccy i ślad po nich zaginął.
       Nowy Oddział ulokowano w dawnych szałasach po „Kmicicu”. Przydzielono nam starą, rozkalibrowaną broń oraz po kilka naboi. Nie posiadałem jednak broni krótkiej i dlatego postanowiłem ją zdobyć. Wykorzystałem w tym celu podarowaną mi przez Rodziców złotą 5-rublówkę. Miała pomóc przetrwać trudny czas w partyzantce, więc ją zamieniłem na tzw. „siódemkę”.   Życie w Oddziale pod dowództwem „Zapory” było bardzo trudne i niepewne. Stresy, bieda – wręcz nędza, niedożywienie, brak wody do picia i mycia, a w efekcie wszy  i inne robactwo, które nie dawało nam spokoju. Zbieraliśmy butelki, by napełnione wszami zakopać jak najgłębiej. Kiedy wreszcie nowy d-ca pozwolił patrolom wyruszać po żywność w teren to okazało się, że spotykają swoich dawnych kolegów z oddziału, ale zgrupowanych w nowej Brygadzie „Łupaszki”, który zdążał do „Kmicica”, aby go wymienić, ale dotarł za późno, o czym powiadomili go napotkani Polacy. Postanowił więc utworzyć nową brygadę i właśnie do niej uciekali żołnierze „Zapory” w mniejszych lub większych grupach. Ja osobiście nie brałem udziału w wyprawach, ponieważ na Bazie u „Zapory” byłem ranny w prawą dłoń. Lekarza w Oddziale „Zapory” nie było, więc przy pomocy „Jachny” i „Bronki” poskładałem pogruchotane śródręcze i usztywnioną dłoń nosiłem na temblaku. Pamiętam kiedy odchodził z Bazy  „Maks”, a nie miał zamiaru tu wracać, poszedłem się z nim pożegnać. Podałem mu nieświadomie chorą rękę, a “Maks” tak mi ją serdecznie uścisnął, że wszystko, co nie zdążyło się zrosnąć do tego czasu – znów się rozsypało, w ten sposób ponownie stałem się bezbronny.
           Na początku IX.43 r. na Bazie zostało nas niewielu. Naj¬częściej byli to mężczyźni chorzy i kobiety. Po dokonaniu ponownego rozbrojenia niedobitków „Zapory” NKWD pozostawiło nas jeszcze na noc w Bazie. Żona politruka Lusia  Marecka, powie¬działa w sekrecie “Mamie”, że sowiecki sztab przygotował już plan rozlokowania nas po różnych oddziałach sowieckich i rano po nas przyjdą. Zaproponowała ucieczkę jako najlepsze wyjście z sytuacji. “Mama” i “Tata” szybko zorganizowali spotkanie, podczas którego ustalono, że rano o świcie podejmie próbę ucieczki 7 osób. Przy okazji wypisałem dla nas przepustkę w języku rosyjskim, a Lusia ostemplowała ją pieczęcią męża i podpisała. Dokument ten bardzo nam się przydał w czasie podróży poza terenem Bazy. Rano 2 lub 3.IX.43 r. zabraliśmy wcześniej przygotowane koce, plecaki i 2 karabiny, które załadowaliśmy na furmankę i ruszyliśmy starą trasą do wsi Zanarocze, przez bród rzeki Naroczanki. Nim dotarliśmy do Zanarocza kilka razy legitymowały nas piesze i konne patrole partyzantów sowieckich, ale posiadana przepustka była pewnym dokumentem. Kłopoty zaczęły się dopiero we wsi Zanarocze, kiedy to jeden z gospodarzy poznał swego konia i wóz, oddane Sowietom, więc narobił takiego krzyku, że zbiegła się ludność tej wsi. Wyprzęgnięto konia, a my widząc co się dzieje zabraliśmy swoje rzeczy i szybko skierowaliśmy się znowu do lasu, Pozostaliśmy tam do późnego wieczora. Pod osłoną nocy przyszliśmy do wsi Zanarocze do znajomego Polaka, który nas nakarmił i opowiedział, jak długo poszukiwali nas partyzanci sowieccy. Wskazał nam miejsce na spoczynek i dobry schowek przed wścibskimi,  stojące na polu sztygi suszącej się koniczyny. Państwo Wasiłojć „Tata”, „Mama” i „Jachna” pożegnali się z nami i poszli dalej sami. Jak wynika z relacji „Jachny”, udali się do folwarku Buraki, gdzie mieszkali przyjaciele jej Rodziców państwo Poniatowscy. Po drodze nocowali w opuszczonej stodole, a nazajutrz w jakiejś wsi.  Pod Burakami zostali złapani przez niemiecką obławę. Najpierw odstawiono ich do Komaj, a po przesłuchaniu (nie posia¬dali żadnych dokumentów) przewieziono do aresztu w Łyntupach. Niemcy zwozili tam mnóstwo ludzi z pacyfikacji, ale  Wasiłojciów zwolniono, co wykorzystując udali się do Podbrodzia.
      Po nocy spędzonej w sztygach koniczyny cała czwórka została znów nakarmiona przez znajomego Polaka i odwieziona furmankę do Trudopola — rodzinnych stron mojego Ojca. Rozładowaliśmy się w stodole u Bronisława Szewielińskiego, ojca „Komara”. W domu była jego matka i najmłodszy brat. Ledwie zdążył odjechać furmanką znajomy Polak, a my ulokowaliśmy się w stodole, gdy zauważyliśmy zbliżającą się tyralierę niemieckich żołnierzy. Trafiliśmy na obławę, więc natychmiast wyprowadziłem kolegów do mojego stryja Stanisława Szewielińskiego mieszkającego  pod lasem. Dał nam na przewodnika syna Witolda, by poprowadził na mokradła, gdzie się ukryliśmy aż do wieczora. Niemcy krążyli wkoło, ale żaden z nich nie wchodził na grząski teren, tylko go ostrzeliwali. W taki sposób uchroniliśmy się przed łapanką lub niechybną śmiercią.   Po paru dniach, około 5.IX.43 r. dołączyłem do Maksa w Niedroszli. Odetchnąłem z ulgą, bo wreszcie po wielu tarapatach dotarłem do V Brygady „Łupaszki”.
   
SZPAGAT -  Lejkowski Jerzy
Do  konspiracji wstąpiłem jeszcze w Wilnie  w 1939, a  w 1942 znalazłem się w Duniłowiczach, gdzie pracowałem w Nadleśnictwie. W okresie Wielkanocy 1943 przyjechał „Świt”, a do mnie przyszedł Jasiu Dominiecki‚ ps. „Pająk”, i zaproponował wstąpienie do konspiracji. „Świt” odebrał  ode mnie przysięgę. On jako łącznik i organizator siatki udzielił krótkiej informacji, co będziemy robić i komu podlegamy. Tak sprawa trwała do drugiej połowy czerwca, kiedy zaczęło się mówić o uderzeniu na Duniłowicze. Ja jako szeregowy członek organizacji  niewiele na ten temat wiedziałem.
   W noc kiedy było natarcie na Duniłowicze, od rana praktycznie pół Duniłowicz wiedziało, że będzie uderzenie. Sprawa była zdekonspirowana w pewnym sensie.  Niemcy czegoś się domyślali, ale nie byli pewni. Nie mniej w tym dniu już wyjechał  Górecki - nadleśniczy (Polak, leśniczy przedwojenny, ale coś tam z Niemcami  miał..., w każdym bądź razie on miał „dostać w czapę”). Ja praktycznie rzecz biorąc to siedziałem w chałupie i czekałem, kiedy przyjdą, żeby pobić szyby. Żeby upozorować, że szukali, łapali, itd. Z tym, że oczywiście wszystko odbywało się po rosyjsku, bo chodziło o to, żeby przed Niemcami chronić ludność polską, że to nie partyzantka polska ale rosyjska robi akcję. Ja otrzymałem zadanie: Jeżeli wychodzisz do partyzantki, to w takim razie zostajesz w Duniłowiczach i jeszcze ten „Pająk”. I naszym zadaniem było rozeznanie, jakie będą skutki tej całej historii, jak się będą zachowywali Niemcy. Rzeczywiście, represje miały miejsce – Niemcy zmusili prawie wszystkich gospodarzy, którzy posiadali konie, do służby pomocniczej na froncie. A ja, „Pająk”, „Kim”(Heniek Rasiewicz, potem był w III Brygadzie, autor hymnu Na znojną walkę) i całą policją z Duniłowicz  wyszliśmy  do partyzantki.  Nazwiska znam takie: Holik (był przedtem w policji w Darewie), Wołodkowicz (pseudonim miał „Bohun” później), Kuczyński, Gigoła, Raginia (jedyny policjant został w Duniłowiczach, który był chory - drugi Raginia).  W poniedziałek po południu pożegnałem się z rodziną. Marsz trwał do ranka następnego dnia. W nocy prze¬chodziliśmy przez wieś Starowierów - zabudowa typo¬wo rosyjska, strome płoty, chałupy, okien od frontu nie było. Wioska była zupełnie pusta – wybita przez partyzantów ruskich. Około 8–9 rano, gdy byliśmy już nieopodal jeziora Narocz, weszliśmy na posterunek alarmowy bazy “Kmicica”, a wkrótce później na Bazę.
        Przy wejściu na Bazę były lekkie wzniesienia, górki na jednej z nich był cmentarzyk z drewnianym krzyżem. Zaraz za cmentarzykiem, 30–40 ¬metrów dalej, na górce, stał nieduży namiocik, w którym urzędował “Czarny”(Roman Brycki), z lewej strony wzniesienia stał namiot “Kmicica”. Nieco dalej‚ za tą górką, był duży szałas dla żołnierzy, namiot sanitarny, jeszcze dalej kuchnia po¬lowa i rzeczka. Cały ten teren zamykał się w granicach 100 na 120 metrów. Do jeziora Narocz było około 3 –5 kilometrów w kierunku zachodnim.   Z pół dnia nie wiedzieliśmy, co robić, byliśmy przy tym nieprzeciętnie głodni. Dopiero około 12.00 był obiad. Jak strasznie byliśmy naiwni  –  okazało się, że w oddziale brak nawet łyżek i menażek, a my liczyliśmy, że wszystko dostaniemy. Wieczorem też byliśmy bez przydziału. Na noc pożyczyliśmy koc, płaszcze. Po raz pierwszy zobaczyłem wszy; po dwóch dniach rękę w¬suwało się za koszulę i wyciągało sporo. Nazywali my je krzyżakami. Tam na Bazie byłem jakieś trzy dni. Nic nie robiłem. Po tym czasie przyszedł ktoś :”wy, wy, wy, nie przydzieleni” spytał – „nie” odpowiedzieliśmy, więc rozkazał nam iść. Zaprowadził nas na Bazę “B”. Baza  ta była przygotowana jako zaplecze zaopatrzeniowej i gospodarcze, było tam stado krów (około 30 – 40) i  baranów (około 300). My mieliśmy być pastuchami. Sze¬fem tej bazy był Wiktor Wasiłojć. Stawiano tam w tym czasie baraki sanitarne i kryte słomą szałasy. Po 3 – 4 dniach przyszedł Arkadiusz Sidorowicz, ps. “Butla”, zabrał mnie i pięciu innych. Przeszliśmy na Bazę “A” gdzie dołączyło jeszcze 10 osób. Otrzymaliśmy zadanie:  utworzyć placówkę w pobliskiej gajówce Apanasów¬ka. W sumie jednak byliśmy w niej tylko 24 godziny. W nocy mieliśmy alarm, bo traktem jechały jakieś nie¬mieckie pojazdy pancerne. Z bazy przyszedł goniec z rozkazem, żeby zrobić rozpoznanie, co to jest, ale nie¬stety  cała nasza placówka dała dyla i siedziała nad jeziorem w krzakach. Z Apanasówki przeniesiono nas na drugą placówkę— do leśniczówki Kaluha. Na po-sterunkach było potwornie – masa komarów, mimo że cały czas była przepiękna pogoda. Kiedy schodziło się z posterunku, to wyglądało się tak, jakby się miało obdartą skórę na rękach i twarzy – jedna krew. Znów wróciliśmy na Bazę „B”. Cały czas jestem “nienasyco¬ny”. Nie tak wyobrażałem sobie wojsko – kręcimy się, nie robiąc nic szczególnego. Tak to wyglądało do czasu ataku na Żodziszki, tj. do 15 sierpnia.
    Jak ruszaliśmy na Żodziszki, to nikt nie wiedział za dużo, co będzie robił. Tylko poszczególni dowódcy grup uderzeniowych poszli na odprawę, i oni swoje się dowiedzieli. Sama akcja wyglądała mniej więcej tak. W miasteczku znajdował się jakiś pałac, czy budynek zakonny, stary i solidny, który został przez Niemców obunkrowany, dlatego też zdobycie całego miasteczka wstępnym bojem było niemożliwe. Jeszcze przed akcją Józef Wiśniewski, ps. „Ostróg” z Antonim Rymsza, ps. “Maks” razem z patrolem konnym (było ich 16–17) pojechali, by przerwać Niemcom łączność. Spiłowali słupy i zerwali linię telefoniczną Żodziszki – Stara Wilejka. W samym posterunku w Żodziszkach była część ludzi zakonspirowanych od “Kmicica”, m.in. “Żbik” - Antoni Dubaniewicz, „Pal” , „Joker” (nie pamiętam ich nazwisk) i chyba jeszcze kilku. Mieli oni zadanie wspomóc dywersję od wewnątrz i uśpić całą czujność. Do Żodziszek wjeżdżaliśmy o świcie, było już widno. Posterunek był tylko przed samym pałacem. Na pierwszej furze jechali „Kukuś”, „Alfons” i „Zielon¬ka”: dwóch z nich – „Alfons” i „Kukuś” władali biegle językiem niemieckim. Potem jechali na furmankach chłopcy, którzy pozorowali milicję białoruską – cała kupa chłopaków była ubrana w mundury białoruskie. Za tymi furmankami jechała już brać z orzełkami na czapkach i w mundurach polskich. Jako pierwsza za¬atakowała grupa uderzeniowa. Weszli „Zie¬lonka” i „Alfons”,  z tym, że dwaj pierwsi ruszyli od razu na górę, zaś „Alfons” wparował do jakiegoś pokoju, w którym siedział szef miejscowej żandarmerii. Zamel¬dował mu, że dowodzi specjalną grupą operacyjną do walki z partyzantką, jedzie na obławę i chce zabrać znajdującą się na posterunku policję białoruską. Niemiec  chyba zorientował się w podstępie, bo otworzył szufladę i złapał za pistolet.   Jak złapał za pistolet, to „Alfons” go załatwił. W sąsiednim pokoju byli żandarmi, chyba 6 czy 7. I tam poszły pierwsze granaty  w ruch. Wszyscy spa¬li, więc nie było kłopotu. I tam został ranny „Orlik”, jeden jedyny ranny. I na dole zaczęła się haratani¬na Zdobycz była bardzo bogata – broń, amunicja, zaopatrzenie (masło, papierosy). Mój udział w akcji na Żodziszki był bardzo przeciętny, zajmowałem się zbieraniem trofeów. I wtedy właśnie wyszedł „Żbik” i część policjantów, którzy byli w konspiracji.
   Na drugi dzień, po powrocie na Bazę „A” cała wiara poszła spać, a po południu, miała miejsce zbiórka wszystkich na Bazie. „Kmicic” trzymał głębszą i dłuższą mowę. Mówił o tym, że jesteśmy oddziałem Armii Krajowej, że celem naszym jest przede wszystkim  walka z Niemcami, a z drugiej strony zabezpieczenie ludności miejscowej (nie użył słów „przed Ruskimi”). Mówił, że on się cieszy z tego, że mimo iż naszą oficjalną nazwą jest Oddział Partyzantów Polskich, to wcale nie jesteśmy wyłącznie polscy, ponieważ w naszych szeregach są też Białorusini i Rosjanie. (Faktycznie, był lejtnant Ar¬mii  Czerwonej. Jako jeniec wojenny został  przez Niemców przekazany jakiemuś gospodarzowi na wsi. Gdy  w 1943 roku Niemcy zaczęli    zabierać tych jeńców z powrotem, on wstąpił do policji  białoruskiej w Duniłowiczach. „Kmicic” proponował mu przejście do partyzantki sowieckiej, ale ten nie chciał).
     Była to pierwsza wypowiedź polityczna „Kmicica”, jaką słyszałem. Zrobiła na mnie wrażenie dobrze przy¬gotowanej i wyważonej. Ucieszyłem się, bo nareszcie wiedziałem, o co nam chodzi. „Kmicic” powiedział też, że są organizowane plutony, m.in. pluton szkolny. Ja znalazłem się właśnie w plutonie szkolnym, którego dowódcą został  „Ostrowski”, przed wojną pluto¬nowy zawodowy w 23. pułku ułanów w Postawach. Wtedy naprawdę zaczęło się wojsko.
    Dzień powszedni. Godzina 6.00 – pobudka, wszystko co żyło na Ba¬zie, zapychało nad rzeczkę, tam się myło, biło wszy, rozpalało ognisko i „prażyło” koszule – rozwieszało koszule nad ogniem i wtedy wszy pod wpływem gorąca pękały. Gros plutonu była umundurowana w mundury milicji białoruskiej, część w polskie, wszyscy jednak mieli przyszyte orły. Pochodziły one bądź to z garnizo¬nowych czapek, bądź też były haftowane na płócien¬nych tarczach. Później – zbiórka na placu alarmowym, modlitwa “Ojcze nasz” i “Kiedy ranne wstają zorze”. Wszystko to prowadził “Ostrowski”, który pełnił także funkcję szefa Bazy. Po komendzie: „do śniadania, ro¬zejść się!”  wiara szła na śniadanie. Najczęściej była to malutka kromka chleba z tak ogromną łychą zdobycz¬nego masła, że aż słabo się robiło. śniadanie trwało około 30 – 40 minut, do godz. 8.00, po czym pluton szedł na ćwiczenia, zaś pozostałe plutony w części były na placówkach, bądź w terenie na różnorodnych zada¬niach. Ćwiczenia trwały do godz. 12.00, po czym nastę¬pował obiad. Obiad trwał długo, do godziny drugiej ponieważ brakowało sprzętu. Zupa była pożywna, za¬wiesista, najczęściej jakaś kartoflanka, grochowa, na baraninie. Ta baranina zaczęła nam się przejadać. Bra¬kowało tylko chleba, w dodatku ten, który mieliśmy, był bez soli. W sumie jednak człowiek nie był głodny. Zwy¬kle od godziny drugiej do czwartej była przerwa poo¬biednia, czasami czyściliśmy wtedy broń. Od czwartej do szóstej po południu były wykłady – nauka o broni,  terenoznawstwo, minerka. Poziom zajęć był mocno różny. Dla mnie terenoznawstwo było znane z harcer-stwa, ponieważ składałem przed wojną próbę na ćwika, miałem też odznakę strzelecką, ale w oddziale była cała masa ludzi definitywnie surowych, dla których mapa była czymś gorszym niż rebus. Później – czas wolny, robić mogłeś, co chciałeś, chociażby iść na pogaduszki, oczywiście nie poza Bazę. O godzinie 6.00 następowała zbiórka do apelu, rozkaz wieczorny czytany codzien¬nie, omawiający m.in. zajęcia na następny dzień,  po czym odmawialiśmy „Ojcze nasz” i „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, no a potem, hulaj dusza bez kontusza, można robić wszystko, co się chce. Zbierało się razem, ktoś miał karty, gdzieś indziej jakieś gadki zakładano, gdzieś się jakaś grupa zebrała, piosenkę nucą. Jednak tak naprawdę, to było trochę nudno. Może gdyby to trwało dłużej, to by się jakoś rozwinęło, bo niektórzy zaczęli gitary kombinować; żadnych zajęć sensu politycznego, kulturalnego nie było. Tak wyglądał nasz dzień powszedni.
     W tym czasie, już po Żodziszkach, „Ursus” skontaktował mnie z „Czarnym”. Otrzymałem propozycję przejścia do drużyny specjalnej. Na czym sprawa polegała, dowiedziałem się o tym nieco później. Mamy mieć oczy i uszy otwarte, zarówno w dzień, jak i w nocy. Polegało to na  dyżurach, które przekazywaliśmy sobie co cztery godziny. W nocy, kiedy przychodził do mnie do baraku mój  ¬poprzednik, to nie musiałem wychodzić, tylko miałem spokojnie leżeć, ale tak, żebym widział wszystko. Na¬wet kiedy nie miało się służby, trzeba było zwracać uwagę na wszystko. Jeśli ktoś przyjeżdżał, najczęściej byli to „Jastrząb”  i mjr „Sulima” - to trzeba było ich obserwować, czuwać, co się dzieje. O tym, że zosta¬liśmy podporządkowani „Czarnemu” wiedzieliśmy tyl¬ko my. Mnie osobiście byli znani „Ursus” „Długi” i „Skrzetuski”. Kto był więcej – nie wiem. W moim odczuciu „Kmicic” nie wierzył wszystkim swoim owieczkom – za dużo było w oddziale Białorusinów, tych policjantów, którzy nie wiadomo, po co przyszli.
     Ciągle istniała obawa wobec Ruskich. Według pó¬źniejszych relacji trwały już poszukiwania nowych la¬sów wobec planowanego przemieszczenia się oddzia¬łów. Istotnie, w tym czasie “Kmicic” dochodził już do wniosku, być może pod naciskiem majora „Sulimy”, że stosunki z Ruskimi mogą stać się bardzo nieprzy¬jemne. Wśród żołnierzy panowała trwoga, że stoimy tak blisko Ruskich i że z nimi współpracujemy. Pamiętam, przychodzi do mnie “Zbieg” i mówi: „Jurek, coś się dzieje, dlaczego my tak blisko nich stoimy, to mi bracie śmierdzi”. Ja swoją drogą meldunek o tej rozmowie złożyłem “Czarnemu” – dla orientacji, co wojsko my¬śli. Jak już mówiłem, prowadzono rozpoznanie, gdzie usadowić oddział. Były dwie możliwości: (1) tzw. Bonda – lasy koło Świra, (2) okolice Sużan, tam .gdzie później był pierwszy bunkier „Szczerbca”. W związku z tym wszystkim zakopano dokumenty i akta  oddziału oraz przeprowadzono ewidencję partyzantów. Papiery zostały złożone w skrzynie amunicyjne , a później w większe, drewniane i zakopane na Bazie, przy skarpie wzgórza naprzeciw krzyża. W trakcie ewidencji wydawano zaświadczenia o treści: „Okaziciel niniejszego zaświadczenia jest proszony o pomoc partyzantce radzieckiej i polskiej” pod spodem maleńka pieczątka wielkości 10 groszy, napis ODDZIAŁ  PARTYZANTÓW POLSKICH  i w środku orzeł w koronie.
      Przyszła niedziela, kiedy święciliśmy Święto Żołnierza Polskiego. Rozpoczęliśmy uroczystą zbiórkę w Bazie “A”. Obecny był “Kmicic” z całym sztabem i wszystkie oddziały. W przeddzień harcerskim sposobem wykopaliśmy na placu ćwiczebnym rów, czyli powstał stół. Około godziny 12.00, po oficjalnej zbiór¬ce, wszyscy przybyli na obiad. Przyjechał też Markow w towarzystwie 4 –5 osób. Usytuowano ich w czasie obiadu gościnnie. Na obiad była biała kiełbasa. Po tej całej baraninie i tym wszystkim, co dotychczas jedliśmy, mile łechtała podniebienie. Dostaliśmy też większe ka¬wałki chleba. Po obiedzie zaczęły się przemówienia. “Kmicic” nie przemawiał, przemawiał mjr “Sulima” i jeszcze jeden oficer, nie pamiętam kto. “Sulima” miał kapitalne przemówienie, ślicznie mówił, był trochę poetą. Całe przemówienie oparł na roku 1920, a jednocześnie widzę, siedzi Markow, siedzi jego świta a on mówi :”Bolszewicy, bój pod Warszawą, rok 1939, jak żołnierze, stojący na stanicach kresowych”. Wszystko naładowane było dynamiką i jak najbardziej nieprzyjemnymi słowami dla gości. Ruscy, którzy, jak się okazało, obstawili Bazę. A Markow przecież bardzo dobrze po polsku mówił. Świta mogła nie rozumieć, ale on na pewno. Wybiegając naprzód nam się potem wydawało, że przyczyną rozbrojenia nas było to właśnie przemówienie. „Sulima” zakończył swoim wierszem „Orzeł w amarancie”. Dzień zakończył się modlitwą i apelem.
            W poniedziałek rano “Kmicic” pojechał do Ruskich, do  ich bazy. Razem z nim byli „Ostróg”, „Twardowski”, „Kukuś” i „Długi”. Dwaj ostatni jechali w obstawie sztabu. Wrócili ok. 5. po południu. Zaczęliśmy gadkę z „Długim”: No i co? .On na to „Coś musi śmierdzieć, bo jak jechaliśmy w tamtą stronę, to cały czas rozmawiali normalnie, a jak wracali gęby na kłódkę. Coś się z tego musi wykroić”. Tego dnia jak zwykle odczytany został rozkaz, ale nagle oznajmiono nam: Od jutra broń nabita, nabój w lufie, zabezpieczony. Nocny alarm, staliśmy pod bronią kilka godzin, bo przyszedł meldunek, że jest jakiś ruch niemiecki w okolicy. Mówiło się wcześniej, że Niemcy przygotowują potężną obławę.  Przyjęliśmy to bardzo spokojnie, ponieważ 2-3 dni wcześniej miał miejsce. Doszliśmy  do wniosku, że to Niemcy muszą coś szykować, nikt nie przypuszczał, że sprawa jest z Ruskimi.  Przez dwa dni następne ten sam komplet wyjeżdżał do Markowa. W czwartek rano, kiedy przyjmowałem służbę od „Ursusa”, dowiedziałem się, że w nocy przyjechał major-inspektor, którego pseudonimu mi nie powiedziano i zaraz wyjechał.
       Trwały normalne zajęcia. Wojsko nie odczuwało ja¬kiegoś napięcia, poza tym jednym rozkazem o noszeniu broni. Dwudziestego szóstego przychodziliśmy na obiad z ćwiczeń. Ponieważ brak było łyżek i misek, my, tzn. “Długi”, “Ursus” i ja, w trójkę jedliśmy z jednej skrzynki amunicyjnej. Jem ten obiad i widzę, jak  dróżką wjeżdża   bryczka, siedzi ten major i jeszcze jakichś czterech Ruskich. Major wychodzi i krzyczy: „Oficer inspekcyjny! oficer inspekcyjny!”.  „Ostrowski” jadł z nami obiad, ale w tej chwili gdzieś odszedł. Major krzyczał raz za razem,  tak że gdyby nawet “Ostrowski” był z nami, to nie zdążyłby się odezwać, bo od razu padł rozkaz: „Na moją komendę, całość na placu alarmowym, zbiórka, bez broni!” I tu nastąpiła konsternacja, bo nas obowiązywał cały czas ten rozkaz. Zrobiła się taka lekka cisza, ale trwała bardzo krótko, bo od razu po tych słowach “Ostrowski” (który w międzyczasie powrócił) krzyczy: „Do broni, do mnie!”  Schodzi   przy  tym do tego wołającego. My za tę broń, ale żołnierz był niewyszkolony i przestraszony, a jednocześnie widzę jak do „Ostrowskiego” doskakuje dwóch Ruskich  z pepeszami, podnosi ręce do góry i mówi: „Na moją komendę, złożyć broń!”. W tym momencie zaczyna się: ta, ta, ta, ta  z trzech stron grzeją ponad nas Ruscy, którzy, jak się okazało, obstawili Bazę. “Brzóz¬ka”, który cały czas stał obok, odbywając karę, rozerwał się granatem. Część ludzi chciała uciec przez rzeczkę, ale wpadła w bagno tak, że ledwo ich wyciągnięto. Kilku udało się uciec. Na pewno “Koronackiemu” i “Alfonsowi”. Ruscy wyleźli z ukrycia, zaczęli rewido¬wać nas i robić rewizję w barakach. Podnieśliśmy ręce do góry, broń została w miejscu, gdzie siedzieliśmy lub staliśmy. Przechodziliśmy na plac alarmowy z rękami “w górę”, tam zabierano nam amunicję, pasy i - jeśli ktoś miał - pistolety. Rozsiedliśmy się na skłonie wzgórza. Otoczono nas bardzo gęstym kordonem war¬towników. Później kazano nam wchodzić do baraków. Weszliśmy. Po rewizji została w nich tylko słoma, bo jak miał  plecak czy koc, to zabrali Ruscy. Jak wchodziliśmy, to każdy był „od a do z” zrewidowany. Ja trafiłem do swojego baraku. Zawsze pod słomą trzymałem schowany chlebaczek uszyty z szarego płótna wiejskiego, miałem w nim jeden granat. Leżał pod słomą i  dlatego ocalał. „Ursus” też miał schowany granat, a „Długi” 15-tkę belgijską (ponieważ żołnierzom nie wolno było mieć pistoletów). Granaty i pistolet ocalały, tak że w sumie byliśmy lekko uzbrojeni. W tych barakach leżeliśmy gdzieś do 4-tej po południu. Przyjechał Markow, wyprowadzono nas wszystkich i kazano usiąść na wzgórku. Markow zaczął mowę, a dookoła kordon. Podnoszę głowę — stoi nade mną Żyd, który przed wojną był zegarmistrzem w Duniłowiczach, znał mego szwagra i przypuszczał chyba, że jestem jego bratem. I on do mnie mówi: “Panie Kosakowski, i pan w polskich legionach, oj, niedobrze, niedobrze...”. My¬ślę sobie — wiem bez ciebie, że niedobrze.
       Pierwsze słowa Markowa: „Zdrastwuj, sołdaty!” Ci¬sza, ani be, ani me, nikt nie odpowiedział, a przecież byli wśród nas Białorusini, i ten jeden Rosjanin. Popra¬wił się, przeszedł od razu na polski, ale też nikt nie odpowiedział. I wtedy zaczął trzymać mowę. Mówił czystą piękną polszczyzną. Zostaliśmy rozbrojeni – oświadczył - na rozkaz Związku Patriotów Polskich z Moskwy. Dlaczego? Dlatego, że wasze dowództwo podporządkowało się rządowi londyńskiemu, nie chciało współpracować z nami, a rząd londyński zerwał stosunki z ZSRR. „Daję wam oficerskie słowo honoru” – mówił – że nikogo nie spotka krzywda, nikt nie zostanie rozstrzelany. Daję wam też oficerskie słowo honoru, że zostanie zmienione tylko dowództwo, a zabraną broń otrzymacie z powrotem. To była kwinte¬sencja jego mowy. Kazano nam wrócić do namiotów, po czym przejść na Bazę “B”. Złapałem więc swój chle¬baczek, „Ursus” i “Długi” też zabrali swoje “uzbrojenie”. Wyprowadzają nas jako pierwszą grupę. Idziemy dwójkami, a prawie przy każdym idzie bojec z automatem. Wchodzimy na groblę, która była między Bazą “A” i “B”, z jednej i drugiej strony topiel, jesteśmy mniej więcej na środku grobli, gdy czoła pada komenda: „Pieredyszka, wolno kurit, saditieś”. Słyszę szept: „Każdy swego, w razie czego”. Siedzimy na grobli, nad każdym stoi ten bojec, nie wiadomo - zapalić, czy nie , tym bardziej, że niewiele  zostało nam papierosów,  ale pa¬trzymy Ruskie zaczynają kręcić machorkę palić, w końcu komenda: „Pajdiom”. A przecież do Bazy “B” było z 1,5 km, a tu nagle „Pieredyszka!” Przychodzimy na miejsce, cała baza otoczona kordonem, sanitariuszki. wysuwają się z baraków, płaczą, wypytują. Nasz kordon się rozsypuje, chwila luzu, więc my, tj. „Długi”, „Ursus” i ja poszliśmy do namiotu sanitarnego, zamelinować naszą broń. Zaczął zapadać zmrok, kazano nam położyć się w szeregi według miejscowości, gmin i osiedli. Wartownicy stali w odległości 4-5 metrów jeden od drugiego. W tym dniu, ani dnia następnego do wieczora nikt nie dostał żadne¬go posiłku. Zorganizowaliśmy tylko sobie we własnym zakresie jądra baranie, które jeden z nas upichcił. Po tak przespanej nocy, następnego dnia, rozpoczęły się przesłuchania. Niektórych wywoływano kilkakrotnie,  zwykle po nazwisku, rzadko według pseudonimu. Mnie pytano o imię, nazwisko, miejsce urodzenia i zamieszkania, gdzie ostatnio pracowałem i czy należałem do jakiejś organizacji. Tu odpowiedziałem niezgodnie z prawdą, że tak, należałem do “Wszechsłowiańskiego Związku Walki z Okupantem Niemieckim” (nigdy o czymś takim nie słyszałem). Powiedzieli, że o takiej organizacji nie wiedzą, spytali tylko, kto mnie do niej wciągnął. Na tym przesłuchanie się skończyło. Powie¬dziano: możesz odejść pod sosenkę. Podzielono nas na dwie grupy; pierwsi mogli poruszać się po Bazie „B”, drudzy - i tych było około sześćdziesiąt – zostali zgromadzeni wokół tej sosenki i otoczeni do¬datkowym kordonem. Wyglądało, że tych Ruscy uwa¬żają za szczególnie groźnych. Już po badaniu około 14 –15 wywołano spod sosny „Ostrowskiego”. Więcej go nie widziałem. Po odjeździe „Ostrowskiego” na Bazę jeszcze raz przyjechał Markow w towarzystwie kilku oficerów oraz „Zapory” Markow zwrócił się z przemówie¬niem do wszystkich: „Przedstawiam kapitana „Zaporę” i porucznika „Mareckiego”, który będzie zastępcą do spraw polityczno-wychowawczych komendanta Oddziału im. B. Głowackiego”. „Zapora” wzbudzał zaufanie. Było to wysokie chłopisko, tęgie, wąs staropolski –sumiasty i szpakowaty, w furażerce z orłem. Przed woj¬ną był ogniomistrzem, dymisjonowanym – jak teraz twierdzi „Maks” – za pijaństwo. On sam mówił wtedy, że ZPP podniósł go do godności kapitana i w tym czasie w takim stopniu występował. Jeśli chodzi o „Mareckie¬go” to miał on wybitnie semicki wyraz twarzy, występo¬wał w mundurze kozackim Armii Czerwonej.  Już później był razem ze swoją kochanką Lusią, postawną, wysoką rudą babką, ubraną w sweter i samodziałową spódnicę, z pasem i pistoletem. Zaraz po swojej prze¬mowie Markow odjechał, oficerowie ruscy też, a „Zapora” zaczął rundę po Bazie.
     Gdy był blisko mnie, mówię do wartownika „Razreszi pagawarit’ z kamiandirom polskoj partizantki”. A on na to „A na szto tiebia?”. A ja mówię: „A szto, nie lzia”. I ten do mnie „Idi!”. I ja dochodzę do niego i biję w dach „Panie komendancie - mówię - w policji niemieckiej ani białoruskiej nie byłem, pracowałem w nadleśnictwie w Duniłowiczach. Zgłaszam akces do Oddział im. Bartosza Głowackiego”. A on na mnie patrzy i mówi: „Ja bym was stąd (spod  tej sosenki) wszystkich zabrał, ale nie wolno mi wziąć ani jednego człowieka.” I on mnie zasalutował i odchodzi.  Zwraca się do tych, którzy mogli chodzić po Bazie i mówi: „Teraz będę wybierał  żołnierzy: ty, ty, ty” , a wiara  ustawiała się w dwuszeregu. A  ja wracam na swoje miejsce, wstaję i mówię: „Ursus i Długi za mną”. A ten co w kordonie stał, krzyczy: „Stoj, kuda idiosz?”. A ja mówię: „Szto, kuda idiosz? Razgawariwał s kamandirom polskoj partizantki ili niet? Nu razgawariwał i pozwał nas!”. Na to on „Zdzieś nikto nie pajdiot”. A ja na to „Szto nie pajdiot, dawaj starszego karaulszczika”. I ten „Starszyj  karaulszczik!, Starszyj  karaulszczik!”. A  starszy  karaulszczik gdzieś się  zawieruszył, a ja mówię „Idi w kibiny matier!”.I myśmy przeszli. A „Zapora” już tam wybiera: ten, ten i ustawia w dwuszereg, a my wchodzimy w drugi szereg i stajemy na prawym skrzydle, tylko wiara się przesunęła. Po jakimś czasie przyjeżdża Markow ze swoją świtą . „Zapora” podszedł do Markowa i melduje, że oddział jest  sformowany. Markow pyta „Jest sześćdziesięciu?”. „Tak”, odpowiada  „Zapora”, na to Markow wychodzi przed front oddziału i „Na moją komendę: baczność, odlicz!”. Wojsko poderwało się i liczy. Wyszło 32, pełna. I teraz Markow mówi: „No jak to komendancie?”. A on: „Może spisywałem, mogłem się pomylić licząc”. I cały sztab z Markowem idzie wzdłuż tego szeregu, patrząc po gębach, a my patrzymy, czy tych naszych śledowateli nie ma, nie było. Wtedy Markow doszedł do końca, staje na lewym skrzydle: „Pierwszy szereg pięć kroków marsz!”. I teraz cała ta świta wraz z Markowem idzie wzdłuż tego drugiego szeregu. A w międzyczasie wołali kilka razy: „Dzięcioł”! „Dzięcioł”!, a „Dzięcioła” [Henryka Mackiewicza] nigdzie nie było. Jego Rosjanie poszukiwali w czasie śledztwa, a on  cały ten czas był w stercie mchu, przy¬gotowanego do uszczelniania  ścian baraków. Gdy pluton się ust¬awiał, to lewe skrzydło jak raz wypadło przy stercie, więc Mackiewicz stanął na samym końcu i krzyknął „pełna”. Już rankiem następnego dnia było „32 ślepa”, bo przez noc „Dzięcioł” dał dyla, zostając w ten sposób pierwszym uciekinierem z Oddziału im. Bartosza Głowackiego. Po przeglądzie Markow mówi: „No to komendancie, pro¬wadźcie do bazy po broń”. Poszliśmy na bazę ruską. Pamiętam, widziałem tam radiostację i siedzącą przy niej babkę, wszystko nakryte daszkiem na czterech kijach, żeby w razie deszczu na głowę nie leciało. Stały tam też wozy taborowe, na których była kupa broni nawrzucana, ale wszystko to był szmelc. Tam właśnie  każdy dostawał od Ruskiego broń plus 5 sztuk amunicji. A „Rysiek”, który przyszedł do nas z Kedywu  warszawskiego, zdjął spodnie i zamienił je z Ruskim na mauze¬ra. Cały pluton, prowadzony przez „Zaporę” powrócił na Bazę “A”. Zastaliśmy tam 20 ludzi w furażerkach z orzełkami i z nimi „Orszak”. I tam się dowiedzieliśmy, że „Zapora” przyszedł z Brasławskiego z tymi chłopakami.
         Pierwszego września, około południa, na Bazę wpadło kilku „komandirów” z żądaniem od “Zapory” natychmiasto¬wego patrolu konnego, by zadokumentować obecność polskich partyzantów, pokazać, że nic się nie zmieniło. Okazało się, że w Zanaroczu podjął bój z Ruskimi jakiś wracający patrol „Kmicica”, a więc trzeba ich przeko¬nać, że nic się nie stało i doprowadzić na Bazę. Poje¬chali: „Długi”, „Ursus”, „Pal” i „Okoń”. Miałem jechać ja, ale jeden z żołnierzy – “Sęp” zameldował, że jeśli ja  pojadę, to na pewno nie wrócę, i rzeczywiście, ci czterej nie wrócili. Potem Baza „A” została zlikwidowana, i wszyscy przeszli na Bazę “B”, gdzie się okazało się, że nie ma całej kupy ludzi. Według wtedy uzyskanych relacji wszyst¬kich “spod sosny” Ruscy zabrali na swoją Bazę, tego dnia, w którym poszliśmy po broń. Wtedy nastąpiło jakby przeformowanie oddziału. Utworzony został pluton pod dowództwem „Kitka” (pierwszy) i „Janusza” (drugi): reszta bez przydziału. Politrukiem dalej był „Marecki”. Z mety utworzyła się konspiracja. W tej wewnętrznej konspiracji szefem był “Kitek”, poza tym był „Pająk”, „Jarek”, „Hermes”, “Rysiek”. “Mrówka” i być może jeszcze ktoś. Pytam „Kitka”: co robimy? – na to on: na razie siedzimy. W tych dniach pojechałem jako furman z „Zaporą” do Markowa. Tam widziałem po raz ostatni “Kmicica” wyprowadzanego z ziemianki pod eskortą.
     W pierwszych dniach września poszliśmy razem z Ruskimi na akcję na  Miadzioł. Powiedziano nam, że Ruscy idą pierwsi, uderzają na bunkry, by je zdobyć. Naszym zadaniem było zdobycie bunkra koło mleczar¬ni i zabranie stamtąd całego dobra. No i poszliśmy. W czasie natarcia okazało się, że nasz pluton stał się plutonem czołowym, rakiety do natarcia poszły za na¬mi, a Ruscy otworzyli ogień i walili na ślepo. Zajęliśmy tę mleczarnię, zajęliśmy bunkier, pociągnęliśmy wozy i zaczęliśmy ładować masło, miód i inne dobra. Maszy¬ny porozbijaliśmy. Ruscy uderzyli na bunkry, ale grubo za późno, no, bo jeżeli najpierw otwiera się ogień, a potem uderza, to można sobie nagwizdać. Cała akcja, można by tu użyć wulgarnego określenia, aleja powiem tylko, była nieudana. Przy tym Ruscy oczywiście pod¬palili miasteczko, bo to było takie wojsko, które uważało, że przede wszystkim trzeba zrobić dużo krzyku, hałasu i ognia, wtedy jest dobrze.
           W tym czasie kto mógł, to uciekał. Patrole wychodzące po żywność nie wracały. Zniknął też “Maks”. Ja sam chciałem się zwinąć, ale “Kitek” powiedział: “będziemy się zwijać wtedy, kiedy ja to uznam za stosowne”.  Około 15 - 18 września “Marecki” oświadczył pod¬czas porannej zbiórki, że z uwagi na to, iż co patrol wychodzi, to nie wraca, a on osobiście i komendant “Zapora” są swego życia niepewni, poprosił kombryga Markowa o ubezpieczenie. Markow przysłał 20 strzel¬ców wyborowych z automatami. Zależało nam, żeby wyprowadzić wszystkich, ale wtedy doszedłem do wnio¬sku  i powiedziałem to “Kitkowi”, że już nic nie da się zrobić. On na to: jedziemy na patrol żywnościowy szukać rozpoznania. Poszedłem do “Zapory” i mówię: „Daję żołnierskie słowo honoru, że nas pięciu pojedzie na patrol i wszyscy wrócimy w ciągu 24 godzin – z żarciem”. A w bazie jedzenia było coraz mniej. No i wypuścił nas. Idziemy: “Hermes”, “Pająk”, “Rysiek”. “Jarek” i ja, czyli cała konspiracja z wyjątkiem “Kitka”, który został. Wyszliśmy pieszo, dotarliśmy do Hato¬wicz, tam wzięliśmy furmanki, walimy po koniach i lecimy na punkty. Pamiętam, że wieś w której zatrzy¬maliśmy się, nazywała się Buraki, był już dzień. Wieś prawie wymarła, na końcu wioski nowy domek, przy nim 6-letnia dziewczynka. „Gdzie mama?” pytamy. „W polu”– odpowiedź. „Ale gdzie? Nie wiem, w polu”. Wystąpił Pająk i mówi: „Biegnij do mamusi, gdzie ona jest, nie będę szukał i powiedz, że Jaś Dominiecki przyjechał i chce się widzieć z  mamą. Musi się widzieć, bo inaczej umrze”. Mija może pół godziny, wpada mama i z miejsca pyta: „Wasilki czy Zielone? Jak Zielone, będę rozmawiać, jak Wasilki, w mojej chacie miejsca nie ma — won!”. Okazało się, że Wasilki to ci, którzy zostali na Bazie i są podporządkowani “Zapo¬rze” (a przez niego Wandzie Wasilewskiej  w Moskwie), a Zieloni to ci, którzy uciekli i chodzą w terenie. Na to Jasio wystąpił z przemową, w efekcie której kobieta, mimo że byliśmy od Marko¬wa, dała nam chleb, ser i miód. Co ważniejsze, dała nam też kontakt, ale powiedziała przy tym: „Jasiu, jak  wy Wasilki, to ja ciebie jednego znam i tylko tobie dam kon¬takt”. Kiedy już wyszliśmy od niej, to Jasio powiedział nam wszystkim, że jedziemy do folwarku Ludwinowo, bo wiadomo, jesteśmy w terenie i gdyby on zginął, przepadłby i kontakt. Dotarliśmy do Ludwinowa, do dużej dostatniej chaty. Patrzymy, z chaty wysypuje się tyraliera 12-14 osobowa, zajęli stanowiska. To my też – padnij! Na lufę karabiny wywiesiliśmy białą chustkę i machamy. „Kto?” - pytają, na to my się przedstawiamy. Na całe szczęście znali „Hermesa”. Mówią, niech podejdzie „Hermes”. „Kto mówi” –  pytamy : „Akacja”. Spotkali się w pół drogi, słyszymy, że możemy wstać i wziąć broń. Poszliśmy wszyscy do cha¬łupy. Tłumaczymy: musimy przywieźć żywność, chcie¬libyśmy też wyprowadzić wszystkich z bazy, jak to zro¬bić? „Akacja” znalazł się na poziomie, mówi: nasze chłopaki pójdą na “bambioszkę”, a my będziemy gada¬li. Ci wysłani po żywność szybko wrócili. Na pięciu wozach wieźli siano, chleb, mąkę, ziemniaki, a nawet żywe gęsi. W rozmowie doszliśmy do jednego wniosku. Musimy zaproponować „Zaporze”, że jeśli on wyjdzie z całym Oddziałem na spotkanie „Zielonych” i spotka się z nimi, to wszyscy wrócą. A trzeba dodać, że w międzyczasie Markow wydał rozkaz, że wszyscy „Zielo¬ni” będą uważani za bandytów i rozstrzeliwani na miej¬scu. To nas jeszcze bardziej zdopingowało.
       Plan się powiódł. Po wyjściu z Bazy rozbroiliśmy „Zaporę”. Powiedzieliśmy, że „Zieloni” są niedaleko.  „Kitka” zostawiliśmy jako rozbrojonego, żeby wyson¬dował jego nastawienie. Ktoś z nas został jako wartow¬nik, reszta poinformowała oddział, że „Zapora” zarządza zbiórkę. Wszyscy zgromadzili  się w stodole, my zaś rozstawiliśmy się tak, żeby mieć na muszce oddział, ale jednocześnie sami się nie postrzelać. Rzuciliśmy komendę „Ręce do góry, rzuć broń!”. Wszyscy pytają, co, jak? No więc powiedzieliśmy swoje credo, że prze¬chodzimy do “Zielonych”, kto chce, niech idzie z nami. Na to całe towarzystwo: „Chłopcy, my z wami, kto będzie na bazę wracał, tylko patrzyliśmy, jak dać dęba”. Mało się znaliśmy, nie byliśmy ich pewni do końca, dlatego też, gdy wiara poszła z powrotem spać, powiedzieliśmy „Mrówce”, któremu jeszcze najbardziej wie¬rzyliśmy i ufali: „Słuchaj nie masz prawa spać, my wszy¬scy  będziemy stać na posterunkach, ale ty będziesz czuwał w środku”. Wróciliśmy do „Zapory”. Wtedy wy¬stąpił on z wielką mową, że jest takim samym Polakiem jak i my, też chciał wyjść z Bazy, ale przecież tam przebywają kobiety, a przede wszystkim jego rodzina. Stwierdził na koniec, że napisze list do Markowa informujący go o spotkaniu z “Zielonymi”. My, ze swej strony doprowadziliśmy do spotkania z „Łupaszką” . Miało to miejsce w Niedroszli 23 września. Powstała V Brygada Armii Krajowej dowodzona przez „Łupaszkę”. Pod jego dowództwem byłem na Wileńszczyźnie, Białostoc¬czyźnie i Pomorzu, aż do mojego aresztowania w lipcu 1946.

C.D.N.