Dzisiaj jest: 19 Lipiec 2018        Imieniny: Alfred, Wincenty, Włodzisław
75 rocznica „Rzezi Wołyńskiej” na tle  100 rocznicy odzyskania „Niepodległości”

75 rocznica „Rzezi Wołyńskiej” na tle 100 rocznicy odzyskania „Niepodległości”

Po 123 latach niewoli Polacy w końcówce I wojny światowej wreszcie mieli szansę na odzyskanie nie tylko niepodległości ale i ojczyzny w granicach sprzed zaborów. Niestety na przeszkodzie do osiągnięcia…

Readmore..

Duchy Kresów Wschodnich

Duchy Kresów Wschodnich

Nie tak dawno, bo w maju 2018 r., na rynku księgarskim pojawiła się nietypowa pozycja książkowa zatytułowana jak wyżej, autorstwa: Alicji Łukawskiej. Dzięki uprzejmości autorki i wydawnictwa poniżej prezentujemy fragment…

Readmore..

Relacja z przebiegu uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika „Ofiar Wołynia” w Lublinie.

Relacja z przebiegu uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika „Ofiar Wołynia” w Lublinie.

/ foto: Odsłonięcie pomnika Msza Święta w kościele garnizonowym NMP przy ul. Aleje Racławickie 20 o godzinie 12.00 poprzedziła uroczystość odsłonięcia i poświecenia w Lublinie „Pomnika Ofiar Ludobójstwa dokonanego na…

Readmore..

Nie opłakano zmarłych, nie pozwolono na wyrażenie bólu

Nie opłakano zmarłych, nie pozwolono na wyrażenie bólu

Niewiele osób w Polsce zajmuje się tą częścią historii – dr Leon Popek wystąpił na Kongresie w Lublinie z referatem „Doły śmierci na Kresach - losy szczątków ofiar ludobójstwa OUN-UPA”.…

Readmore..

Dziewczyny z Wołynia

Dziewczyny z Wołynia

W 75 rocznicę „Rzezi Wołynia”: 4 lipca wydawnictwo Znak Horyzont wystawia na rynku księgarskim swoją najnowszą pozycję Dziewczyny z Wołynia, której autorką jest Anna Herbich. Autorka sama przyznaje, że jest…

Readmore..

Samoobrona  na Kresach

Samoobrona na Kresach

Autor, opierając się na dokumentach i relacjach świadków wydarzeń, przedstawia samoobronę Polaków przed ludobójstwem UPA na Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczpospolitej w latach 1939-1946. Zbrodnie UPA swym barbarzyństwem i okrucieństwem przewyższały…

Readmore..

Warszawa: Marsz Pamięci w 75. rocznice ludobójstwa

Warszawa: Marsz Pamięci w 75. rocznice ludobójstwa

11 lipca jak co roku, ok. 8 mln. populacja Kresowian i ich potomków, w 75 rocznicę Krwawej Niedzieli na Wołyniu będzie czcić pamięć ofiar tej rzezi. 11 lipca 1943 r.…

Readmore..

Żołnierz Niepodległości  - pułkownik „Lis- Kula”

Żołnierz Niepodległości - pułkownik „Lis- Kula”

Poszedł na wojnę mając zaledwie 17 lat. Zginął jako 22 -letni major Wojska Polskiego odznaczony orderem Virtuti Militari, awansowany pośmiertnie do stopnia pułkownika. A zginął na Wołyniu w walce z…

Readmore..

Strzelanie brylantami

Strzelanie brylantami

Skoro mowa o tworzeniu mitów, warto poświęcić parą słów socjologicznej niezwykłości Legionów Piłsudskiego, która tę mitotwórczą pracę umożliwiła. Styl i poziom życia narzucali tu nie wojskowi lecz studenci, artyści i…

Readmore..

Pielgrzymka na Kresy w  100. rocznicę Odzyskania Niepodległości Polski  i w 100. rocznicę urodzin śp.  Księdza Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka - „Niezłomnego Pasterza Kościoła”

Pielgrzymka na Kresy w 100. rocznicę Odzyskania Niepodległości Polski i w 100. rocznicę urodzin śp. Księdza Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka - „Niezłomnego Pasterza Kościoła”

Rok 2018 ustanowiony został przez Sejm RP Rokiem Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka, Metropolity Przemyskiego, który był Honorowym Obywatelem Przemyśla, a także Honorowym Członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej w Przemyślu. Klub Inteligencji Katolickiej…

Readmore..

Kartka z kalendarza. 28 - 30 lipca 1941r. Mord na inteligencji krzemienieckiej.

Kartka z kalendarza. 28 - 30 lipca 1941r. Mord na inteligencji krzemienieckiej.

2 lipca 1941 r. Krzemieniec został zajęty przez wojska niemieckie. W tym samym miesiącu do miasta przybyła Einsatzgruppe C, która 28 lipca 1941 r. na podstawie listy sporządzonej przez nacjonalistów…

Readmore..

Szczecin:  Obchody  Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez  ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947.

Szczecin: Obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947.

Szczecińskiej, pragną uczcić pamięć o synach i córkach, naszego narodu zamordowanych przez szowinistów spod znaku OUN/UPA.Za to tylko, że przynależeli do naszego narodu.Dzień 11 lipca tego roku, miał być dniem…

Readmore..

RELACJE PARTYZANTÓW KMICICA - ŁUPASZKI – RONINA ARMII KRAJOWEJ NA WILEŃSZCZYŹNIE III.1943 – VII.1944. Część 4

WSPOMNIENIA PARTYZANTÓW  BRYGADY  „ŁUPASZKI” MAKS (foto) -  Rymsza Antoni

SZYMANELE-BUJAKI
„Łupaszko” objął dowództwo Brygady  w Niedroszli  i rozdzielił na plutony. I wtedy przeszliśmy do tych kolonii Szymanele, Bujaki. I tam była pierwsza potyczka z Ruskimi. Oni nocowali u jednego z gospodarzy zamożnych – Moroza, którego ja bardzo dobrze znałem. I rano obciążyli go jakimiś ładunkami  i szli drogą. Ich było może pięciu, sześciu. Pod lasem była taka kolonia. Nasz patrol, kiedy oni podeszli blisko powiedział: „Zatrzymać się, stój!”, to oni zaczęli uciekać albo za broń złapali się. Więc nasz patrol po nich posiał z karabinów. U „Łupaszki” wtedy było, no nie wiem, jakieś pięćdziesięciu może.

CHOJECKOWSZCZYZNA
Byłem w Radziuszach, żeby zabrać materiały opatrunkowe. Było nas 14 i mieliśmy czeski lkm, a wszyscy zwykle karabiny i pistolety. Świt nas zastał we wsi Sieliszcze i tylko siadamy do śniadania, gdy jakiś gospodarz przyprowadza chłopaka  z sąsiedniej miejscowości Chojeckowszczyzna.

I ten chłopak  mówi, że patrol sowiecki ok. 100 ludzi przyszli i rabują wieś. Więc ja szybko „Alarm!”. Ten chłopczyk boso z batem w ręku, bo on tam pasł bydło. A my z tyłu za nim. I tam była taka wąskotorówka, która szła swego czasu od strony Niestaniszek do Żodziszek .Nasyp był porośnięty brzózkami ponad 2 m. od tej pierwszej wojny. Myśmy dobiegli do tego nasypu. Stamtąd było nie dalej jak 70 m. do drogi, na której formował się  oddział sowiecki. Na furmankach, które zarekwirowali, były świnie i inne rzeczy. I mieli już odjeżdżać, to w   samą  tą gęstwinę  z karabinu maszynowego strzelałem i nasi wszyscy partyzanci. Na lewo posłałem „Gryfa” i dwóch ludzi, żeby nas ktoś z boku nie zaskoczył. Kotłowanina była taka, konie, furmanki biegły. Ale ja miałem mało amunicji, a oni zaczęli do nas strzelać. Więc robiło się niebezpiecznie. Nas było 14 , a amunicji mało. Więc ja szybko  posłałem chłopaka, żeby ściągnąć „Gryfa”, a on już wycofał się do mnie. Ale ja w tym miejscu nie cofałem się do Sieliszcza do tyłu, ale pod osłona kolejki wąskotorowej, tego nasypu. Doszedłem do tej drogi przy, na której oni stali, tylko różnica około  100 m. Oni tam, a ja tu dalej. Ich nie było na drodze, po rowach kilku leżało i mieli ustawiony karabin maszynowy „dziegtiar”. A my musimy przeskoczyć tę drogę. Jeszcze miałem trochę amunicji u siebie i mówię chłopakom, ja trochę strzelę po nim, a jak on rzuci karabin maszynowy, bo na pewno odskoczy od niego – to my przez te drogę około budynków Chojeckowszczyzny, tam był taki duży kompleks leśny. Ja te tereny doskonale znałem.  Ja wtedy z tego wzniesienia nasypu wąskotorowej kolejki kilka serii w stronę tego  ruskiego, który rzucił karabin maszynowy i do rowu. I w tym czasie moich 14 ludzi przeskoczyło i ja z karabinem maszynowym. Myśmy się nie oglądali i wszyscy do tego lasu  i obeszliśmy tam Dzienowiszki. Tam zatrzymaliśmy się chwilę, już było ciemno. I udaliśmy się do Niedroszli. Stamtąd  organizacja wysłała gońca brygady, jaki wynik potyczki. Zginał tam ich dowódca, który został pochowany potem w Syrowatkach i tam Ruscy postawili mu pomnik z tabliczką „Zdieś pokoitsja prach kamandira atrjada brigady im. Susłowa – Władimir Iljasiewich, 912 god rażdienia, pogibszyj w geroiczesim boju z biełopolskim izwiergami. Czest’ jego prachom”. Ich tam było ok. 100 ludzi. Bo zawsze tworzyli otrjady ok. sotni, a nas był 14.  Echa tej walki – Generał „Wilk” przybył do Syrowatek. I wtedy przed całym oddziałem odznaczył „Krzyżem Walecznych”: mnie, „Akację”, „Gryfa”, „Groma” i „Dzięcioła”.

PRACUTY
 Zatrzymaliśmy się na postój we wsi Pracuty, liczącej ok. 30 domów. Po rozlokowaniu zauważyłem, ze na drugim końcu wsi biegną żołnierze, jeden  mnie machnął ręką. Kiedy tam dobiegłem, zajrzałem przez płot, to było chyba 4 czy 5 furmanek ruskich partyzantów, pełno załadowane jakimiś rzeczami. I oni na chwilę się zatrzymali, nie orientując się, że we wsi stoi partyzantka polska i ruszyli do wsi. Dopuściliśmy ich na odległość może jakieś 50 m. Kiedy krzyknęliśmy „Stój, ręce do góry!”. No oni otworzyli ogień z automatów. Jeden z nich tylko był przygotowany do tego. My otwarliśmy ogień, zaczęły się płoszyć konie, jeden się wywrócił do rowu. Było kilku wśród nich rannych, a część zaczęła uciekać w lewo do lasu. Teren był otwarty. Nim dobiegli, nasi strzelali, kilku ich padło. Patrzę pod łaźnią-”banią”  jest jeden jakiś osobnik. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że to była kobieta.  Miała karabin i próbowała uciec, ale po roli lewie biegła. Była grubo ubrana i kiedy powiedziałem „Ręce do góry!”, ona oparła o kolano swój karabin i zarepetowała. Ja złapałem za mój karabin, żeby w jej kierunku oddać strzał, ale był pusty. Rzuciłem ten mój karabin i wyjąłem pistolet. Ale ona nawet się nie obejrzała, podłożyła sobie pod brodę swój karabin i popełniła samobójstwo. Wśród rannych przy wywróconej furmance w rowie jeden wołał, żeby  zrobić opatrunek. A ja zauważyłem, że ten Ruski  odbezpiecza granat. Zawołałem „Nie podchodzić do niego, on ma granat w ręku!” No i ten ruski zrozumiał, że nikt do niego nie podejdzie i dalej nie ma sensu i tez\ popełnił samobójstwo. Później dowiedzieliśmy się  na pertraktacjach, ze ta kobieta nazywała się Dusia. A  to była grupa agitatorów sowieckich „pracowników tipografii” , którzy niedawno zostali zrzuceni. Produkowali ulotki, różne odezwy i prowadzili propagandę po wsiach.

SYROWATKI
Wezwał mnie nad ranem „Łupaszko” i polecił udać się do wsi Pracuty na spotkanie delegacji sowieckiej, która miałem przyprowadzić do Syrowatek na pertraktacje, w których weźmie udział gen. „Wilk”. Wezwałem w trybie alarmowym drużynę „Herkulesa” i szybko, pieszo podążyliśmy do Pracut. Był jeszcze półmrok, wystawiłem obserwatorowi czekałem na godz. 8-mą. Zjawili się z godzinnym opóźnieniem. Pokazało się kilku jeźdźców, od których oderwało się dwóch i galopem do wsi. Pozostali zatrzymali się pod lasem. Wyszedłem na środek wsi i stałem w widocznym miejscu, sam z bronią i biało-czerwona opaską. Oni minęli mnie, popędzili na koniec wsi, a grupa jeźdźców czekała pod lasem. Gdy wrócili, dali znak ręką w stronę lasu, a grupa od lasu ok. 16  ruszyła do wsi. Na czele jechał Manochin. Zmierzał prosto do mnie i nie zsiadając z konia odezwał się „zdarow, tawarszcz Rymsza” Zdziwiło to mnie, ale nie byłem zaskoczony. Oznajmiłem Manochinowi, że miejsce spotkania jest o dwa  km. dalej we wsi Syrowatki, do której ich odprowadzę. Przed wjazdem do wsi zauważyliśmy obok krzyża za płotem operatora  Sergiusza Sprudina z kamera filmową. Manochin zapytał, co on robi. Odpowiedziałem, że filmuje, z czego Manochin nie był zadowolony. Gdzieś w połowie wsi wjechaliśmy na podwórko do kwatery gen. „Wilka”. Zsiedliśmy z koni i zaraz rozpoczęły się rozmowy. Manochin na wstępie  zaznaczył, że jego wyjazd na rozmowy  z d-cą partyzantów polskich został zgłoszony do Moskwy i po powrocie będzie musiał złożyć z nich sprawozdanie. Gen.”Wilk” zastrzegł się, że spotkanie traktuje jako nieoficjalne, o lokalnym charakterze, bez pisemnego udokumentowania, na co Manochin wyraził zgodę, ale w zeszycie swoim wszystko notował. Generał zadał na wstępie pytanie „Gdzie jest „Kmicic”? Manochin po dłuższym zastanowieniu odpowiedział, że zgodnie z planem miał być dostarczony za linię frontu, lecz on „zrobił nam wielką obstrukcję” i myśmy byli zmuszeni go zabić”. „Wilk” po chwili namysłu odpowiedział, że „Kmicica” nam nie zwrócicie, ale broń zdobytą  krwią i ofiarami musicie zwrócić. Manochin  zagwarantował słowem sowieckiego oficera, że broń będzie zwrócona. Prosił o podanie ilości i rodzaju zabranej przy rozbrojeniu bazy przez Markowa. Po wymianie zdań na temat przyszłych granic Polski, o czym zdaniem Manochina zadecyduje konferencja pokojowa po wojnie, śmielej zaproponował nie tylko zawieszenie broni, ale ścisła współpracę. Na zarzut gen. „Wilka” o grabieniu naszych terenów  przez partyzantów sowieckich Manochin tłumaczył się, że sytuacja  zmusza nas do życia na rachunek miejscowej ludności. Generał dodał, że doszły do nas słuchy, że zabieracie od ludzi ostatnie bite świnie i wysyłacie za linię frontu. Manochin nie zaprzeczał, ale uznał te fakty za sporadyczne, dokonywane  przy wysyłaniu rannych na wyzwolone tereny, aby ich zabezpieczyć na pierwszy okres. Generał wrócił do tego, stwierdzając, ze my Polacy musimy bronić polską ludność, która jest grabiona przez wszystkich i zwraca się do nas o pomoc. Manochin po namyśle zaproponował ustalenie granic działalności naszych oddziałów, by uniknąć potyczek i nieporozumień. Granica ta miała przebiegać gdzieś od Starej Wilejki i Mołodeczna w kierunku zachodnim. Po zakończeniu rozmów odprowadzałem gen. „Wilka” przez wieś Polany, Rymszynięta do  majątku Turły, gdzie przekazałem go pod opiekę  jego osobistej ochrony.

ŻODZISZKI
Brygada była rozlokowana we wsiach Syrowatki, Sauguciewo i Andrzejówka. Zebraliśmy furmanki i takim kuligiem na saniach i furmankach  wjeżdżaliśmy do Żodziszek. Czoło  kolumny już wjeżdżało do miasteczka. W składzie było ok. 100 furmanek. Po przeciwległej stronie było wzniesienie i krzyżowały się drogi na Wojstom. I stamtąd z armatki Niemcy oddali klika strzałów. Trafili w sanie, które  jechały przede mną i w tych saniach  zapaliła się słoma. Koń się wystraszył, rzucił się do rowu, wywrócił sanie. Ja wyskoczyłem ze swoich i szybko w dół, żeby zasłonić się od tej armatki, żeby oni nas nie widzieli. Ale musieliśmy wyjść na otwarty teren, a już czoło  związało się walką z Niemcami. Kiedy wybiegliśmy na otwarty teren, to przede mną w odległości ok. 60-70 m. na drodze nawracał samochód, mający opancerzone burty. Słyszałem jak kule odbijają się od  blach auta. Próbowaliśmy  strzelać  po oponach, nic to nie dawało. Samochód wykręcił się i poszedł. Została armatka i ciężarowy wóz. Zginęło 7 Niemców. I kiedyśmy mieli wszystko zbierać, ktoś krzyknął, że jada czołgi. I wtedy „Łupaszko” mówi „Zniszczyć działo!”. A tam była zapasowa lufa. Ja jako znający się  na artylerii wziąłem i zniszczyłem tą lufą przyrządy celownicze. Szkoda było, calutka armatka i zapas amunicji. „Kitek” szybko podpalił samochód i zaczęła amunicja pękać i musieliśmy się oddalić, armatka już była bez użytku i bez amunicji, Tak zakończyła się ta walka, a po jakimś czasie Ruscy się dowiedzieli i zabrali tę armatkę, popisując się jako swa zdobycz
SWEJGINIE
Po potyczce z Żodziszkach Niemcy przysłali gońca z propozycją nawiązania porozumienia, o czym „Łupaszko” powiadomił gen. „Wilka’. Po tygodniu dostałem rozkaz udania się do Supronięt i stamtąd towarzyszyć gen. „Wilkowi”  do wsi Swejginie, gdzie miała czekać delegacja niemiecka. Generał zjawił się dość późno z adiutantem naszej Brygady „Roninem”. Po śniadaniu odmaszerowaliśmy lasami przez wieś Dzienowiszki, gdzie spotkaliśmy „Łupaszkę” z oddziałem „Kitka” i przeszliśmy razem przez Wyholenięta obok dworku Niewiarowicza do Swejgiń. Gen. „Wilk” był ubrany po cywilnemu, usiadł w kącie za stołem, a okno zasłonił firanką. Z naszej strony brali udział „Rakoczy”, „Ronin”, „Kitek” i „Mścisław” i ja. Na spotkanie przybyło trzech umundurowanych Niemców, którym przewodniczył Siedler von Rosenfeld w stopniu pułkownika. Po wymianie kilku kurtuazyjnych zdań przystąpiliśmy do właściwych  rozmów.  Pułkownik niemiecki omówił aktualna sytuację na naszym terenie i trudności, jakie napotykają w transporcie w zaopatrzeniu wojsk walczących na wschodzie. Oznajmił, że przyjechał z pełnomocnictwem nawiązania kontaktów z leśnymi oddziałami polskimi.  Rozmowa toczyła się   miedzy „Wilkiem” a pułkownikiem, który na pytania generała odpowiadał na stojąco. Niemiec wysunął propozycję wstrzymania się  obu stron od akcji zaczepnych oraz zabezpieczenia przejazdu transportów kolejowych przez podległe nam tereny w zamian za broń, umundurowanie i wyżywienie. Propozycję ten gen. „Wilk” po namyśle odrzucił, jako nie do przyjęcia. Po czym podkreślił, że Niemcy wojnę już przegrali, z czego powinni sobie zdać sprawę. Represje jakie stosują na całym terenie okupowanej Polski nie pozwalają mnie jako żołnierzowi-dowódcy, który odpowiada za działalność podziemia okręgu Wileńskiego na zawieranie jakichkolwiek separatystycznych umów z Niemcami. Wobec takiego stanowiska gen. „Wilka” przedstawiciel Niemców już się wstrzymał z propozycjami, ale tylko poprosił o warunki, na jakich mogłoby dojść do zawieszenia broni   na podległych nam terenach. Generał odpowiedział, że odpowiedzi udzieli jutro na piśmie. W trakcie nieformalnych rozmów pułkownik niemiecki mówił o powadze sytuacji i że Niemcy są skłonni z Okręgu Wileńskiego usunąć administrację niemiecka, zaniechać ściągania kontyngentów i wywożenia ludzi na roboty do Rzeszy. Dość późno Generał zaproponował kolacje. Niemcy w sposób bardzo taktowny przyjęli zaproszenie i ze swej strony zaproponowali do kolacji likier i koniak, które przywieźli w podręcznych walizeczkach. Gdy usiedliśmy do stołu, płk. Niemiec  po odkorkowaniu butelek przeprosił za nietakt i ze względów zrozumiałych z każdej butelki najpierw nalewał sobie i osobom towarzyszącym, a dopiero potem zaproponował nam po kolei. Po kolacji odprowadziłem ich do kwatery.     Dnia następnego pełniłem służbę  dbając o pełne bezpieczeństwo parlamentariuszy i nie zakłócony tok rozmów. Gen. „Wilk” wyjął z bocznej kieszeni marynarki arkusz papieru  zapełniony ładnym kaligraficznym pismem i odczytał Niemcom swoje warunki: po krótkim wstępie, rozpoczęły się punkty, które brzmiały 1) Niemcy muszą uznać niepodległą Polskę w granicach z 1939 roku, 2) Zwolnić wszystkich jeńców wojennych , politycznych i znajdujących się na robotach i w obozach koncentracyjnych. Jako wadium rozpoczęcia rozmów przekazać do dyspozycji Komendanta Okręgu uzbrojenie na 30.000 żołnierzy z bronią pancerną i artylerią. Warunki te były natychmiast komentowane przez tłumacza. Po krótkiej naradzie przedstawiciel strony niemieckiej oznajmił, że sprawa ta ze względu na kompetencje będzie skierowana do Berlina, a na odpowiedź  należy czekać. Zaproponował termin 2 tygodnie. Generał wyraził zgodę na 10 dni. Ustalono, że na ostatniej stronie „Gazety Codziennej” ukaże się wzmianka o określonej treści, że  ponownie chcą się spotkać. Dowiedziałem się później, że w Wilnie jakieś rozmowy odbyły się, ale nie wniosły żadnych zmian do wzajemnych stosunków. Do nas doszedł oficjalny rozkaz Generała wznowienia akcji przeciwko Niemcom, a V Brygada dowodzona przez „Łupaszkę” zaraz potem  urządziła zasadzkę na trasie Wilno – Michaliszki i  zlikwidowała posterunek  niemiecki w Żukojniach.

WORZIANY
Dnia 3.I.1944 przybyłem ze szwadronem do osiedla Sosnówka  na zapowiedzianą koncentracje. Odprawa dowódców  została wyznaczona na dzień następny  o godz. 10.00 w odległych o 3 km Worzianach. Przybyłem punktualnie i zastałem już dowódców „Rakoczego”, „Kitka”, „Dornika”. Odprawę prowadził inspektor obwodu mjr „Węgielny”. Omawiane były różne sprawy dotyczące działalności oddziałów AK, współpracy z terenem, zaopatrzenia broń i w amunicje. Odprawa trwała ok. 2 godzin, po czym „Łupaszka” zaprosił wszystkich na obiad. Po ulicy przechadzali się partyzanci, parę domów dalej odbywało się wesele, słychać było harmonię i śpiew biesiadników. Niespodziewanie dał się słyszeć strzał, zaraz drugi i trzeci. Więc „Łupaszko” zwrócił się do „Kitka”, by szybko sprawdził, co to za strzały. Po chwili wbiegł z uśmiechem „Kitek” do mieszkania z meldunkiem, że we wsi są Niemcy. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem od „Łupaszki” – „Maks na prawe skrzydło!”. Wybiegłem na podwórko, rzuciłem kurtkę na wóz i tylko w mundurze na przełaj biegłem w kierunku Sosnówki. Około 1 km biegłem wśród brzeźniaków i w pewnej chwili usłyszałem krzyk z boku. Gdy się obejrzałem , w prawo zauważyłem na dróżce cały mój szwadron, maszerujący na strzały. Poleciłem natychmiast rozebrać ludzi do mundurów i poprowadziłem osobiście zamiast  na prawo – na lewe skrzydło, na które mogłem przejść lasem niezauważony. Biegliśmy brzeźniakiem, a tabor powoli ciągnął za nami. Strzelanina coraz bardziej się  wzmagała. Głównym terenem walki był cmentarz, położony około pół km od wsi Worziany. Cały czas przy mnie był „Akacja” i mój osobisty (wyznaczony przez „Łupaszkę”) obrońca „Zakrzewski”. Gdy znaleźliśmy się na wysokości cmentarza, zajęliśmy stanowisko na skraju lasu z gęstym poszyciem. Od stanowisk Niemców dzieliła nas przestrzeń  nie większa niż około 30 m. Kilku żołnierzy niemieckich leżących na śniegu zauważyło nas w lesie, jednak nie zdradzali chęci strzelania do lasu i dawali znaki ręką. Więc ja kiwnąłem do nich ręką, żeby zbliżyli się do lasu. Wtedy podniosło się kilku  Niemców i skierowało się do mnie. Ja wyszedłem z lasu na otwarte pole, przypuszczając, że zamierzają się poddać. Przy mnie stał „Zakrzewski” i kilka metrów na lewo w dolince z gotowym do strzału 10-cio strzałowym karabinem i obserwował zbliżanie się Niemców. Ja dla podkreślenia, że w stosunku do nich nie mam agresywnych zamiarów wsadziłem pistolet na pas i podniosłem nieuzbrojoną rękę w górę. Niemcy prawdopodobnie uważali mnie za swego, gdy zorientowali się dopiero 5-6 m. ode mnie złapali za karabiny. Na ten moment czekał „Zakrzewski”, który zaraz oddał kilka strzałów, a „Akacja” zakomenderował „Ognia!”. Znalazłem się w bardzo niewygodnej sytuacji i krzyknąłem „Przerwać ogień!”. Gdy nieco ucichło, dałem komendę „Naprzód!” i cały szwadron ruszył do przodu w kierunku cmentarza, gdzie wrzała zacięta walka. Nacieraliśmy półkolem, ja prosto w kierunku cmentarza, „Akacji” dałem znak na lewo, gdyż na prawo dostrzegłem naszych nacierających od wsi. W pobliżu płonęła szopa z sianem. Miałem na oku wszystkich, a jeden pluton trzymałem w rezerwie. Padały z różnych stron strzały. W pobliżu leżeli ranny „Budzik” i „Czarny”, opatrywała ich „Aldona”. Niemcy bronili się zażarcie na cmentarzu,  część z nich uciekała do lasu. Odległość  do nich była już duża, ok. 150 m., gonił za nim „Lech” z kawalerii, który tez został ranny. Widząc bezsensowność pogoni, skierowałem moich ludzi na cmentarz, gdzie broniła się ostatnia grupa Niemców  z kilkoma oficerami. Atakował również „Rakoczy” i „Dornik”, trzymający się sosny. W pewnym momencie zauważyłem, że „Dornik” osunął się na ziemię, dostał serie z ckm-u. Umierał przytomnie ze świadomością, ze Niemcy są pokonani. Już obok cmentarza widziałem biegnącego „Sokoła”, który padł od kuli Niemca z cmentarza. Prawie przy nim biegł „Rakoczy”, którego chciał zabić niemiecki oficer leżący w bruździe. „Rakoczy” wybił mu  nogą pistolet z ręki. Niemcy nie kapitulowali do ostatniego. Ranny był też „Łupaszka”, który polecił mnie organizować furmanki dla rannych. Podążyłem do wsi. Obok dopalającej się szopy znoszono trupy do wspólnej mogiły. Ponieważ śniegu na drogach nie było wiele część furmanek była na kołach i kilka sanek. Po dokonaniu aktu pogrzebu zaczęliśmy ładować  leżących w jednej izbie rannych na furmanki. Ja ze swoim oddziałem miałem zamykać kolumnę, która maszerowała w kierunku przez Turowie, Żukojnie do Niedroszli na bardziej bezpieczny teren. Po drodze zmarł „Hermes” i „Fiat”, pochowaliśmy ich w Turowiu.

RADZIUSZE ŁOZOWE
Następnego dnia (2.II.) zatrzymaliśmy się we wsiach Radziusze–Łozowe i kilku domach w Niedroszli. Wysłałem do naszego punktu kontaktowego „Lipę”, bardzo sumiennego żołnierza, by ściągnąć ze Świra lekarzy do rannych, których ok. 12 było na noszach. Zaniepokojeni dłuższą nieobecnością „Lipy” po uzgodnieniu z „Łupaszką” wymaszerowałem z całym szwadronu na punkt kontaktowy. Nagle z pobliskiego lasu oddano do nas kilka serii z automatu, wyraźnie słyszałem komendy rosyjskie. Wycofaliśmy się, kierując na miejsce postoju „Łupaszki”. by go uprzedzić, że tym razem mamy do czynienia z Sowietami,  którzy złapali  na punkcie kontaktowym „Lipę”, ale im potem uciekł.  Zapadał mrok, byłem już blisko domu Miłoszewskich nad Straczanką, gdzie byli ulokowani ranni i stacjonował „Łupaszko”. Wtedy od lasu i zabudowań pani Lubieńskiej w kierunku wsi Radziusze, gdzie stacjonował „Kitek” rozpoczęło się natarcie sowieckie poprzedzone seriami karabinów maszynowych. „Kitek” miał świeżo zdobyty w Worzianach ckm na trójnogu  na taśmę parcianą. W pobliżu wsi zapaliła się stodoła oświetlając terem lekko przyprószony śniegiem. Ja znając teren przebiegłem zajmując stanowisko w jarze głębokim na  około 2 m. dnem którego przepływał mały strumyczek. Kanonada trwała, cały atak szedł w kierunku „Kitka”. Gdy zameldowałem się u    „Łupaszki”, kazał mi zająć się przeprawą rannych. Na łódkę wsadziłem starszego syna Miłaszewskich, który doskonale operował łódką, a sam wróciłem do moich żołnierzy, gdzie spotkał mnie „Bohun” (d-ca 4 szw.) ze słowami „Maks bierz ludzi na swoją komendę, gdyż mnie nawaliło serce”. Posłałem tam szybko plutonowego „Olszynę”, by objął komendę nad oddziałem „Bohuna”, a sam w jarze przygotowywałem się do odparcia ataku. Na stanowisko „Kitka” runęła sowiecka lawina z krzykiem, ale jego ckm siał ogromne zamieszanie, jednak Sowieci mimo wszystko posuwali się do przodu. Zaraz my otworzyliśmy ogień, by umożliwić „Kitkowi” odwrót, gdyż wiedziałem, ze nie dysponuje dostateczną ilością amunicji. W oświetlonym otwartym terenie nie zdecydowaliśmy się na atak, byliśmy zdecydowali przyjąć ich na miejscu. Kanonada trwała bez przerwy, głosy wydawanych komend zlewały się. Ogień płonącej stodoły przygasał. Kitek wycofał się i dołączył do nas. Jego oddział jako pierwszy zaczął się przeprawiać   na prawy brzeg Straczanki. Amunicje wystrzelał prawie wszystką i musiał pozostawić ckm, a sam ledwo uszedł cały, wyskakując oknem z okrążonego w ciemnościach domu, torując sobie drogę bagnetem. Ludzi nie  stracił, wycofał się grupkami. Po opanowaniu stanowiska „Kitka” sowieckie oddziały ruszyły w naszym kierunku na jar. Dopuściłem do 60 m i odkryliśmy ogień na całym nas froncie. Obok mnie było 12 erkaemów (część z oddziału „Bohuna”). Ogień naszych karabinów maszynowych powstrzymał natarcie, a Sowieci zaczęli się przegrupowywać. Światło  dogorywającej stodoły ledwo było widoczne, na około zapanowała ciemność. Szybko zacząłem wycofywać do tyłu plutony, przyśpieszając przeprawę. My tymczasem ubezpieczyliśmy na wszelki wypadek. Po krótkiej chwili milczenia  na lewym skrzydle zawrzała walka, ale nie było tam już naszych ludzi. Przybył goniec z rozkazem od „Łupaszki”, żebym się wycofał do przeprawy i sprawdził czy wszyscy nasi są. Opuściliśmy grupkami jar i zbliżyliśmy się do przeprawy. Okazało się, że naszych nie brakuje. Cicho i szybko, zachowując środki ostrożności, przeprawiliśmy się na drugi brzeg. Po tamtej stronie trwała jeszcze walka, ale nikt z V Brygady nie był w nią zaangażowany. Naszych rannych przenoszono do pobliskiej wsi Borejszycha. W pierwszym mieszkaniu spotkałem księdza „Ignacego” i cały szereg partyzantów cisnących się do  spowiedzi.. Po uporządkowaniu oddziału, zabierając rannych na furmanki, odmaszerowaliśmy poza trakt Batorego do wsi Biała Woda. Część naszych została we wsi Borejszycha.
 Następnego dnia rano (3.II)  „Łupaszko” polecił  mi udać się do Niedroszli, by ustalić wyniki minionej walki. |Wziąłem  ze sobą „Akację”, około 10 żołnierzy mniej wyczerpanych i na wszelki wypadek „Aldonę”. Około godziny maszerowaliśmy wzdłuż rzeki, posuwając się bardzo ostrożnie, teren był  niebezpieczny. Z przeciwległego brzegu podano nam łódkę  i po ustaleniu, że podobno ruska partyzantka odmaszerowała, Miłoszewski nas przeprawił na drugi brzeg. Zjedliśmy u nich śniadanie. Ostrożnie posuwaliśmy się na pole wczorajszej walki. W pobliskich koloniach panował spokój. Ostrożnie zbliżałem się do gajówki położonej w lesie w pobliżu drogi łączącej Radziusze Łozowe z Suproniętami. Z odległości 70-80 m. obserwowaliśmy gajówkę, w której panowała cisza. Dla pewności posłałem „Akację” , by zajął stanowisko z przeciwległej strony, zaś sam powoli zbliżałem się do budynków gajówki. Zasłaniała mnie okazała szopa, zza której obserwowałem gajówkę. Nadal żadnego ruchu, co wydało mi się podejrzane. Całą rodzinę gajowego Hryncewicza znałem i po chwili zauważyłem gajowego  wychodzącego z mieszkania. Gdy mnie zauważył dał znak ręką, że coś tam się dzieje. Akacja się jeszcze nie pokazał. Gajówka była obserwowana przez „Irenka” i „Aldonę”. I w pewnym momencie „Aldona” krzyknęła i biegiem w moim kierunku za szopę, przeskoczyli parkan, a tam „Irenka” ugodziła kula w ramię. Ja wyskoczyłem z pepeszą, ale wstrzymała mnie „Aldona” krzykiem „dowódca, uważaj, on tam stoi  za rogiem szopy”. Gdy ostrożnie wyjrzałem, zobaczyłem lufę jego karabinu. Musiałem go zajść od tyłu, tym bardziej, że nie widziałem ilu ich jest. Szybko biegłem wzdłuż dłuższej ściany szopy i już na pierwszym rogu zderzyłem się z przeciwnikiem. Było to ogromne chłopisko. Wymierzyłem pepeszę prosto w niego, pociągnąłem za spust – zacięcie. Odciągnąłem ponownie – zacięcie. Wyrzucam z pepeszy bębenek i wyjmuję zza cholewy rożek, a mój przeciwnik stał nieco zbaraniały z karabinem w ręku. Gdy nabiłem rożek i byłem prawie gotowy do strzału ten nastawił lufę karabinu prosto we mnie. Ja w tym momencie nieco się odchyliłem. Padł strzał, kula przeszła mi pod pachą. Zrobiło to swoje wrażenie, w głowie mi zaszumiało i pomyślałem, że jestem trafiony. Oparłem się o ścianę i pomyślałem, że za chwilę upadnę. Ale bólu nie czułem. Widziałem przed sobą  pół karabinu mego przeciwnika i czułem smród spalonego prochu, osmolone ubranie, które tliło się na mnie, ale do równowagi doprowadził mnie trzask karabinowego zamka, wprowadzającego nowy nabój do lufy. Poderwałem się i odbijając lufę przeciwnika, skierowałem w niego pepeszę. Nie wytrzymał nerwowo i rzucił się do ucieczki. Dobiegł do płotu sztachetowego i w tym czasie oddałem w jego kierunku serię – zawisnął na płocie. W tym czasie z drugiej strony rozgorzała strzelanina. Akacja już doszedł do gajówki. Pozostało na miejscu kilka sowieckich trupów. Zabraliśmy broń, dwa konie z sankami, rannego „Irenka”  i zaraz go tymi sankami odwieźliśmy na kolonie Radziusze, dokąd sprowadzony ze Świra lekarz Ginko fachowo opatrzył rannego, którego zostawiliśmy w jeden z pobliskich kolonii pod opieką na okres rekonwalescencji. Zdobyliśmy sporo amunicji, trzy ruskie karabiny, dwie pepesze i torbę z dokumentami i mapami, jeden nagan i pistolet „te-te”. W samej torbie znalazłem zapiski. Była tam ewidencja miejscowej ludności – młodych nadających się do partyzantki z oznaczeniem rodzaju formacji, w których służyli przed wojną. Była też kartka papieru z rozkazem dla dowódcy patrolu dla ustalenia wyników walki pod Radziuszami.  W relacji miejscowej ludności  w Sinciniętach, skąd sowiecki oddział brał wtedy furmanki i gdzie zatrzymali się na krótki odpoczynek, zabitych i rannych wwieziono na 250 furmankach. Wycofali się w kierunku na Syrowatki, Wiszniew za Jezioro Świrskie.

ŻUKOJNIE (Strackie)
Miejscowa ludność i pobliskich wsi zaczęła się skarżyć, że swawolą sobie ci Niemcy z posterunku w Żukojniach. Nasz wywiad ustalił, że stołówkę mają jakieś 50-60 m. od posterunku. Ustalono, że spodziewają się wizytacji zwierzchników, którzy przyjadą na saniach. Postanowiliśmy skorzystać z tego. Ja stałem na ubezpieczeniu dalej. Przebraliśmy „Alfonsa” i kilku innych za Niemców i kiedy połowa ich była na stołówce, a druga na posterunku wszedł „Alfons” w oficerskim niemieckim mundurze i zaczął od razu od sztorcowania, że bałagan brud, itd. Niemcy tylko słuchali na baczność „Jawohl, jawohl!”. I kiedy on ich ustawił w szeregu, a broń znajdowała się na stojakach, rozkazał „siad!” i ci Niemcy usiedli. On wtedy im powiedział, że to są polscy partyzanci i po kolei siedzących porozbrajali i do jednego pokoju zamknęli. Furmanki stały na podwórzu i czekały spokojnie i wtedy powoli tych wszystkich wracających ze stołówki rozbrajali po kolei bez najmniejszego kłopotu. Niemców posadzono na furmanki i do najbliższego garnizony ich odesłano. Później już Niemcy nie organizowali następnego posterunku w Żukojniach. My odmaszerowaliśmy na swoje wyznaczone miejsce w odległości ok. 20 km. I do nas dołączył pies .Część nas miała  niemieckie umundurowanie, więc ten pies raczej trzymał się tych płaszczy niemieckich. Ja miałem takiego chłopca-partyzanta „Mikrusa”, który złapał tego psa na smycz i prowadził. Ale  pies od nikogo pożywienia nie przyjmował i kiedy na drugi dzień widzę,  ze  psem trudna sprawa, powiedziałem „Mikrusowi”: „Puść go, niech sobie idzie, gdzie chce”. „Mikrus” z płaczem wypuścił psa i pies pobiegł. Ale wrócił po kilku  godzinach, odnalazł „Mikrusa” i zaczął się do niego łasić i od niego pierwszego przyjął pokarm.  był w naszym oddziale aż do ostatka, do rozbrojenia. I zostawiliśmy go gdzieś u jednego gospodarza koło Białegostoku o nazwisku Moroz. Był to doskonały pies, wyszkolony niemiecki wilczur, nazywaliśmy go „Negri”.

STRUNOJCIE
 Był tam  garnizon litewsko-niemiecki nastawiony antypolsko. Wszystkie wjazdy do ulic były zagrodzone drutem kolczastym i cała wieś.  „Łupaszko” poleci mnie go zlikwidować. Przyszedłem ze swoim szwadronem, ale zasięgnąłem doskonałych informacji od miejscowych Polaków i w Wielki Piątek przed Wielkanocą postanowiłem przed świtem zaatakować W dwóch miejscach szybko zlikwidowaliśmy zapory i weszliśmy do Strunojć (pół wieś - pół miasteczko).Był tam młyn i ten posterunek. Litwini się nastraszyli i kilku Niemców skryli się w młynie. My nie wiedząc, gdzie się oni ukryli zabraliśmy  broń i zlikwidowaliśmy sklep. Mieliśmy wyznaczone w rejonie Bujwidz Święta Wielkiej Nocy. Tam miałem wyznaczone przywieźć zapas żywności. U pewnego zamożnego Litwina w Strunojciach zabraliśmy buhaja i jednego okazałego ogiera z wozem, do którego przywiązaliśmy buhaja. Naładowaliśmy ze sklepu, co było możliwe. Była tam też wódka i chłopcy zaczęli ją zabierać, więc musiałem to porozbijać, że nie doszło do jakichś incydentów. W miasteczku było nas ok. 50, reszta poza obrębem. Oni nie spodziewali się ataku, co myśmy wykorzystali. I przyjechaliśmy do Bujwidz i tam doszła do as wiadomość, że „Łupaszka” wpadł w ręce niemieckie...
SUDERWA W miasteczku było stacja nasłuchowa lotnictwa niemieckiego. Porozbrajaliśmy załogę, zabraliśmy sprzęt radiowy  i dwóch Niemców do obsługi, którzy próbowali łapać wiadomości o Niemczech, co tam się dzieje. W Suderwie byliśmy kilka dni i ciągle utrzymywaliśmy kontakt z Wilnem. Były nocne bombardowania. I przyszło do mnie, żeby dać jeden pluton do dyspozycji, żeby go wysłać do zdobycia strategicznego mostu, ale kto był dowódcą ,nie wiem. Ja dałem pluton „Kostka” około 50 ludzi, których podobno wszyscy tam zginęli przy zdobywaniu mostu i „Kostka” razem z nimi. Przyszedł goniec, żeby stawić się do Wilna. Generał „Wilk” wzywał na defiladę czy na odprawę jakąś. I wtedy „Łupaszko” się zastanowił. Zebrał nas wszystkich i powiedział „Jeżeli doczekali się takiego czasu, kiedy będzie nade mną sąd za nie wykonanie polecenia gen. „Wilka”, to proszę pamiętać w jakich okolicznościach i dlaczego, ja się zdecydowałem tam nie pójść. Nie mogę ryzykować, żeby moi żołnierze byli wieszani na bramach Wilna, żeby tam rozstrzeliwano przez Ruskich, bo taki czeka los naszą Brygadę, jeżeli tam pójdziemy”.

MARSZ NA ZACHÓD Wymaszerowaliśmy z Suderwy i stanęliśmy w majątku Ponary. Było bombardowanie, strzelanina, artyleria. Staliśmy  tam jedną dobę, a front  przesunął się na zachód. Na drugi dzień  „Łupaszko” mówi mi „Dłużej czekać nie możemy. „Maks” idź na wywiad, jakie są możliwości przejścia przez ten tor do lasu”. Na to ja mówię „Nie ma czasu na czekanie, przygotować się do marszu, ja pójdę na czoło”. To mówi „dobrze”, zdecydował się. Przejechałem z ułanami za tor i od razu obsadziłem karabiny maszynowe z lewej i z prawej, żeby umożliwić przejście całej brygady, bo piechota nie mogła szybko. I wtedy przeszliśmy w lasy i tymi lasami szliśmy. Mieliśmy bardzo dobrych przewodników, Polaków z Litwy. I tam gdzieś koło Olity zatrzymaliśmy się w majątku i tam zostaliśmy okrążeni przez Sowietów z frontu. Przyjechał konno kapitan, żeby się dowiedzieć, co my za jedni, skąd jesteśmy i co robimy. Zapewnił nas, że postara się załatwić u wyższych władz bezkolizyjny przemarsz na macierzyste tereny i żebyśmy tu zaczekali do jutra.

ROZMOWY Z SOWIETAMI  Następnego  dnia kapitan zjawił się punktualnie i zaproponował wysłać delegacje do głównodowodzącego frontem, którą on jest upoważniony do prowadzenia osobiście. Szybko z mająteczku ściągnęliśmy bryczkę i konie. Wyznaczeni przez „Łupaszkę” pojechaliśmy: „Bohun” (adiutant „Łupaszki”), ja i „Mrok”(kawalerzysta od „Tatara”). Ruski kapitan jechał przodem, my za nim bryczką. Przeciskaliśmy  się wśród kolumn różnego rodzaju wojsk. Przewodnik nasz wprowadził nas w las, gdzie roiło się od różnego rodzaju łączników konnych, szybkobiegaczy, telefonistów z kablami różnych kolorów. Przy małym skrzyżowaniu dróg leśnych kazał nam zostawić bryczkę. Sam zsiadł z konia i poszliśmy w dalszą gęstwinę. Zostaliśmy sami, a po jakimś czasie pokazała się sylwetka naszego przewodnika, a za nim w odległości ok. 10 m. wolno posuwała się figura umundurowana wielkiej okazałości. Nasz przewodnik, gdy się przybliżył, oświadczył nam „Rozmawiać będzie z wami generał Czerniachowski”. Zatrzymali się od nas w odległości 7-8 metrów. Generał zadawał pytania z szyderczym uśmiechem: Sąd jesteśmy, co za jedni, dokąd zmierzamy, czy mamy kontakty z Wojskiem Polskim Wandy Wasilewskiej. Na zakończenie powiedział „Eto szczekatliwyj wapros”(sprawa nieprzyjemnie delikatna). Zaproponował likwidację grupy niemieckiej okrążonej w lasach w sile ok. 1.000 ludzi i co do takiej akcji potrzebujemy, jakiego wsparcia, jakie broni, ilu ludzi. Szybko zorientowałem się, o co mu chodzi, gdyż dotychczas  nie zapytał o siłę naszego oddziału. Zrzekłem się wszelkiej pomocy, poprosiłem tylko o dokładną lokalizacje grupy niemieckiej, w istnienie której nie wierzyłem – udawaliśmy nawzajem. Zapewniłem, że po koniecznym przygotowaniu akcje przeprowadzimy własnymi siłami. Przytaknął i pokiwał głową. Polecił czekać do jutra godz. 8 rano. Po rozmowie odjechaliśmy do miejsca postoju.   Po powrocie naszej delegacji przyszedł sowiecki major  o nazwisku Tarajew (otyły, nie frontowiec, z wyglądu funkcjonariusz  Smierszu), który  mówi, że jeden żołnierz sowiecki zabrał „parabellum” polskiemu partyzantowi. Ponieważ on wie, że zostało to zrobione niezgodnie z przepisami, więc chciałby ten „parabellum” zwrócić i dostać pokwitowanie z pieczęcią. Ja mówię, że pieczęci nie mam, a żaden z naszych żołnierzy nie skarżył się, że mu zabrali. Ale on nalegał, że chce zwrócić, bo on jest od pilnowania porządku. Przedstawił się jako major Tarajew. Ja mu na karteczce tam napisałem i podpisałem się jako porucznik „Skalny” z warszawskiego oddziału. On ciągle był taki zasmucony, że „charaszo”, ale pieczątki nie ma. A ja mówię, ze nie mam i nikt w naszym oddziale nie ma.

ROZWIĄZANIE V BRYGADY Następnego dnia godz. 8-ma przeszła, gońca nie było i „Łupaszko”  mówi: „Wiem, że to jest zasadzka, maszerujemy dalej”. I my wtedy szybkim marszem w kierunku Porzecza. Na czele jechał szwadron kawalerii (nie mój), ja wtedy zamykałem pochód. I staraliśmy się jak najszybciej, ludzie byli nakarmieni. Korzystaliśmy z miejscowych przewodników, bo już nie było map. Zatrzymaliśmy się  na krótki odpoczynek i wtedy przyjechał  samochód z sowieckimi oficerami. Na warcie stał wtedy „Bill” i był obandażowany, bo był ranny w głowę jeszcze pod Wilnem. I  kiedy ktoś z dowództwa  podszedł do nich, to powiedzieli „Wasz oddział musi teraz iść do Porzecza i tam będziecie wcieleni do Wojska Polskiego”. „Łupaszko” odpowiedział: „dobrze”, a oni , żeby zaraz maszerować On na to: „W pierwszej kolejności puścimy oddział konny, a teraz zanim ja tu zbiorę, zlikwiduję ten nasz postój, a piechota będzie maszerowała z tyłu”. No to dobrze, i z tymi Ruskimi pojechał oddział „Tatara”, któremu przy mnie powiedział „Łupaszko”: „Przy pierwszej możliwości, rzucać konie i w las. Grozi nam niebezpieczeństwo i wtedy kierować się pojedynczo w Lasy Augustowskie”. A z resztą zostaliśmy. Zebrał nas, rozłożyliśmy ognisko i spaliliśmy tam dokumenty, kto jakie miał, niektórzy zdjęcia niszczyli. I wtedy „Łupaszko” powiedział „Grupami w kierunku na Lasy Augustowskie”  i dodał „Rozdzielić się”. A ja powiedziałem: „Kto chce do mnie dołączyć, proszę bardzo. Ja prowadzę sam” Maszerowaliśmy dzień i noc, kluczyliśmy przez błota i kładki, bez przewodnika, na zachód w kierunku Niemna. Trudno było w kupie utrzymać wszystko. Jednej nocy napotkaliśmy na maszerujące kolumny, jechały tabory. I myśmy tak stali i ode mnie odłączył się „Zawisza” z kilkoma ludźmi. Doszliśmy do Niemna i znaleźliśmy niewielką łódką; w czasie  tej przeprawy  utonął „Dudek”. Po przejściu Niemna kierowaliśmy się na południe i kilku dniach doszliśmy do Sopoćkiń. Z mojego szwadronu pozostali „Akacja”, „Mikrus”, „Aldona”, „Ryszard”, „Florek”. Był jeszcze „Pstrąg”. Dalej już po cywilnemu doszliśmy do Białegostoku. Ja tam miałem brata i jakoś skontaktowaliśmy się z siatką organizacyjną. Rozlokowaliśmy ludzi po melina w mieście, a później dotarliśmy do „Łupaszki” w Kieturykach koło Jałówki. I potem dołączył do nas „Nowina” (Lech Beynar, późniejszy „Jasienica”).

„ALDONA” - Lenczowska-Rymszowa Aldona
Koło Olity byliśmy w jednym majątku kilka dni. Bardzo sympatyczne panie, które rozmawiały z nami po polsku. Po kilku dniach krążenia znaleźliśmy się  na dużej polanie wśród lasów, tam  była taka łąka. Komendant „Łupaszko” przemówił do wszystkich, ze niestety on nie jest w stanie prowadzić całej Brygady. A każdy na własną rękę, jeżeli chce, może podążać w  kierunku Warszawy, bo Warszawa będzie się broniła. Był to moment bardzo przykry. Pamiętam, jak  naszego „Siwka” rozsiodłano, to zaczęłam płakać. Ale to było krótko. Za „Maksem” podążyło ok. 50 osób. Nastawiliśmy się na kierunek Puszczy Augustowskiej. No i szliśmy tego dnia przez takie laski, zagajniki. Wiem tylko, że między jeziorami, jakiś taki rozbity mostek. Przechodziliśmy wpław przez tę wodę, nie było głęboko. I biegliśmy do drugiego lasku pod górę. A już widzieliśmy na horyzoncie, że wojsko sowieckie podążą naszym śladem. I w takim zagajniku szliśmy gęsiego i w pewnym momencie rozległ się strzał, pada jeden z żołnierzy. Miał pseudonim „Artur”. Dobiegłam do niego, jest ranny w udo, nie może stanąć na nogę, przewraca się.  Zaraz mu ją  jakoś przewiązałam i wzięliśmy go  na płaszcz i nieśliśmy, żeby go gdzieś ulokować. To był po prostu strzał niechcący, ktoś ta nie zabezpieczył karabin i wystrzelił. Zanieśliśmy go do opuszczonej leśniczówki. Liczyliśmy, że ktoś wróci, ale byłam zaniepokojona tym faktem. I spotkaliśmy dziewczynę lat ok. 18, do której podeszłam. Zdjęłam z szyi złoty łańcuszek ze złotym medalionem dałam jej i prosiłam, żeby się nim zaopiekowała i zwiozła jakąś furmanka do Porzecza do szpitala. Ona wzięła i obiecała, że się zajmie, ale prawdopodobnie nim doszła, to już Ruscy go znaleźli i rzeczywiście odwieźli do szpitala. Podobno amputowano mu nogę. A my szliśmy przed siebie. Nie było dnia ani nocy, trzeba było iść. Wszędzie w pobliżu było wojsko sowieckie. Ponieważ „Maks”  miał ze sobą a kompas i mapy, kierowaliśmy się do Niemna. Nasza gromadka zaczęła topnieć. Słabsi nie wytrzymywali. Gorąco było i nie mieliśmy już jedzenia trzy dni. I chłopcy poszli gdzieś w pole i znaleźli młode ziemniaki, takie jak jaja gołębia. Przynieśli te ziemniaczki, rozłożyli ognisko, piekli elegancko i ja jednego dostałam. Nie mieliśmy nic do picia, bo to był taki suchy las, nawet jagód nie było. Byliśmy tak spragnieni, ze gałązki brzozy braliśmy do ust. I w pewnym momencie wyszliśmy z lasu w samo południe i był taki dołek zarośnięty i mówią, ze jest tam woda. Chłopcy weszli, zaczęli człapać nogami, wygnietli trochę tej wody. Więc ja doszłam, miałam menażkę, nabrałam do menażki tej wody. A w tej wodzie takie czerwone robactwo się ruszało. Wyjęłam gazę z torby, wszyscyśmy cmokali jak ze smoczka, żeby troszeczkę zwilżyć sobie usta....